Po drugie dwie finałowe wygrane Polaków, na 10 kategorii wagowych, to też nie jest powód do dumy, tym bardziej, że były one wynikiem rywalizacji polsko – polskiej. Znacznie lepiej spisały się nasze panie, które odniosły cztery zwycięstwa, ale w kontekście zbliżających się mistrzostw Europy też nie byłbym przesadnym optymistą.

- Krew mnie zalewa, gdy na to patrzę, poziom naszego męskiego boksu systematycznie się obniża, nie ma już kogo oglądać, z kim wiązać nadziei – to słowa Janusza Gortata, dwukrotnego brązowego medalisty olimpijskiego (1972, 1976). – Ale kto ma ich uczyć, widzę co się dzieje na mojej Legii – dodał jeszcze na zakończenie i wraz z Bogdanem Gajdą, mistrzem Europy z Halle (1977) opuścili salę przy ul. Gładkiej w Warszawie, gdzie toczyły się finałowe walki.

Ocena bardzo ostra, ale tacy pięściarze jak Gortat czy Gajda mają do niej prawo. Inna sprawa, że polski boks olimpijski wielkie problemy ma nie od dzisiaj i nie zmieni tego lepszy czy gorszy Turniej Stamma. Ten był jednak wyjątkowo ubogi. Niewielka liczba uczestników i brak gwiazd tej dyscypliny nie wystawia organizatorom najlepszego świadectwa. Telewizja też nie była zainteresowana tą imprezą, i prawdę mówiąc trudno się dziwić, bo co tu pokazywać. Jeszcze nie tak dawno oglądaliśmy w Warszawie złotych medalistów olimpijskich i mistrzów świata, a teraz tych liczących się w europejskim boksie można zliczyć na palcach jednej ręki.

I są to Anglicy. Pięciu było w finałach i pięciu wygrało swoje walki, wśród nich Harvey Horn (49 kg), ubiegłoroczny wicemistrz Europy, i Peter McGrail (56 kg), młodzieżowy wicemistrz świata i srebrny medalista młodzieżowych igrzysk olimpijskich sprzed dwóch lat, którzy pokonali Polaków, Jakuba Słowińskiego i Jarosława Iwanowa. Ten drugi jest Ukraińcem z polskim paszportem, studiującym w naszym kraju, za pół roku będzie mógł już reprezentować polski boks, ale nie ma co od razu liczyć, że go uzdrowi.

Trzeci pojedynek w mini meczu Polska – Anglia stoczyli w wadze lekkopółśredniej Łukasz Niemczyk i Dalton Smith. Szczupły, wysoki Polak robił wszystko co w jego mocy, ale do zwycięstwa zabrakło umiejętności. Nie tylko jemu. Gdybym miał wskazać najbardziej utalentowanego w naszej reprezentacyjnej ekipie, wskazałbym Arkadiusza Szwedowicza (81 kg), który w finale pokonał Mateusza Goińskiego, ale a w jego przypadku problem od dawna jest ten sam: kondycja. Jeśli Szwedowicz poprawi wydolność, to może coś jeszcze w niego będzie, bo tzw. dryg do boksu ma.


Na dziś prawda jest taka, że pod nieobecność dwóch naszych olimpijczyków, Igora Jakubowskiego i Tomasza Jabłońskiego, trudno wskazać liderów polskiego męskiego boksu. A kobiety mają  Sandrę Drabik, która w finale pokonała Angielkę Lisę Whiteside, srebrną i brązową medalistkę mistrzostw świata. Myślę, że właśnie Drabik, która pechowo straciła swój szansę na olimpijski awans i być może medal w Rio, podczas tegorocznych MŚ w Astanie, ma wielką szansę wygrać listopadowe ME w Sofii.

A pozostałe triumfatorki Turnieju Stamma? Doceniając ambicję Kingi Siwej (64 kg) nie za bardzo wierzę w jej sukcesy międzynarodowe. Co do Elżbiety Wójcik mam mieszane uczucia: cieszy, że wraca do formy, że znów wygrywa, ale styl jaki prezentuje pozostawia jednak wiele do życzenia. Trudno też powiedzieć na co stać Sylwię Kusiak (81 kg), poczekajmy więc co pokaże w międzynarodowej rywalizacji.

Słowem nie ma się co chwalić wielkimi sukcesami, bo to naprawdę była prowincjonalna impreza. Przykro to pisać o turnieju z tak wspaniałą tradycją, ale niestety takie są fakty.