Łukasz Majchrzyk: Rekordowe wejście, rekordowy zjazd ze szczytu, rekord przy zdobywaniu Śnieżnej Pantery. Spieszysz się gdzieś?

 

Andrzej Bargiel: Nie spieszę się. Robię jeden projekt rocznie i myślę, że to jest rozsądne podejście, które pozwala się dobrze przygotować. Znam takich, którzy cały rok spędzają w górach, a ja jestem tam fizycznie przez jakieś dwa miesiące w ciągu roku. Taka wyprawa jest bardzo angażująca i kiedy nas nie ma w Polsce, to się automatycznie robią zaległości w innych sprawach. Mam nadzieję, że nie będę tego robił do 50-tki. Myślę, że jeszcze 5 najbliższych lat będzie bardzo intensywnych. Potem też będę to robił, ale już w innych formach.

 

Ważną osobą był Artur Hajzer, który zginął. On miał nowoczesne podejście. Tworzył Polski Himalaizm Zimowy. Chciał stworzyć przestrzeń, możliwość treningów. Dwie narodowe wyprawy pokazały, że jako narciarz nie mogę współdziałać. Jestem szybszy i uważam, że to jest bezpieczniejsze. Stworzyłem strukturę, żeby nie wrzucać sobie na głowę "muszę coś zrobić".

 

Po co się wchodzi i zjeżdża z Broad Peak? Po co się zdobywa Śnieżną Panterę? Wiele osób już tam było.


Robię to dla siebie, ale też po to, żeby inni mogli zobaczyć, jak wygląda świat z perspektywy ośmiu tysięcy metrów. Chcę pokazywać filmy wideo z miejsc niedostępnych dla ludzi po to, żeby mogli to obejrzeć z perspektywy biurka. Nigdy nie jest tak, że wchodzę tam dla sponsora, bo ktoś na mnie nalega. Nigdy nie chcę mieć podejścia, że "muszę coś zrobić", "muszę wyjść z bazy" i jeśli się nie uda, to rozpatrywać tego w kategoriach porażki. Dla mnie liczy się droga, a nie cel. Mam dystans bardzo duży i nikomu nie muszę niczego udowadniać. Robię to, co czuję.

To igranie ze śmiercią? Kilka lat temu Polską wstrząsnęła tragedia, kiedy zginął Maciej Berbeka.


Kiedy Maciek Berbeka szedł, to też byłem namawiany, żeby wziąć udział w tamtej wyprawie, bo jestem dobry, a środowisko nie jest zbyt liczne i nie ma za bardzo w kim wybierać. Jestem jednym z najszybszych wspinaczy na świecie, a to wpływa na bezpieczeństwo, na to, jak funkcjonuję w grupie. Ja nie czuję zimowego himalaizmu. Tam jest zimno, cały czas wieje. Wolę robić trudne trasy, bo tak robią dzisiaj wszyscy na świecie, a nie wchodzić w ekstremalnych warunkach na łatwiejsze ściany.

Wielu zostaje w górach na zawsze, nie ma ich nawet jak pochować. Widać twarze, leżące pod śniegiem?

 

Widać, to prawda. Na Piku Pobiedy może nie ma twarzy, ale są zwłoki, czasami wystaje czyjaś noga. To działa na wyobraźnię i przypomina, że trzeba szybko z tych gór uciekać. Mój kolega sobie odmroził palce. Utknęli na głównej grani, było załamanie pogody. Musieli czekać, nie było innej możliwości. Trzeba szybko wejść i uciekać, mieć szacunek do gór. Mój styl działania pomaga mi w trudnych sytuacjach. Mam większą prędkość, więc mogę uciec przed załamaniem pogody. Mam prognozy pogody, które przychodzą co godzinę. Nie są to tanie rzeczy. Szacunek do gór mieć. Staram się optymalizować wszystkie rzeczy, które wpływają na moje bezpieczeństwo. Koniec końców to tylko przygoda.

Jak zobaczysz czyjąś twarz, to taki obraz potem zostaje.


Może się zdarzyć, że ktoś zostaje z tyłu, albo umiera. Czasem trzeba podejść, spojrzeć na szlaku, czy ktoś żyje, bo jak nie, to takie wspomnienie będzie za tobą chodziło. Czasami są oczywiste sytuacje, bo ludzie od wielu lat leżą pod śniegiem. Idziesz jednego roku i widzisz zwłoki. Idziesz za rok i... znowu widzisz je w tym samym miejscu. Z dużych wysokości często się ludzi nie sprowadza. To może wynikać z kosztów, a niektórzy nie chcą sprowadzać, bo rodzina tak uznaje, albo sam himalaista kiedyś zastrzegł, że chce zostać w górach na zawsze. Czasem to jest nieprzyjemne i powinno się zrobić coś, starać pochować choćby na miejscu tych, którzy nie wrócili. Jeśli ktoś ma zostać w górach, to powinien zostać pochowany. Odpowiednie ubezpieczenia mogłyby pomóc w organizacji takich wypraw. Niestety, nie wszyscy takie ubezpieczenia mają.

 

Himalaje, Śnieżna Pantera to wielka praca logistyczna: sprzęt, wizy, ludzie, prowiant.


Jeżdżę z teamem, na który mogę liczyć, z którym się dobrze czuję. To ma być przygoda. Fajnie się otaczać ludźmi, z którymi chce się spędzać czas, zwłaszcza w górach. Mnóstwo ludzi jest zaangażowanych w takie projekty. Nie mam zbyt dużo pieniędzy, więc musiałem stworzyć strukturę, żeby firmy mogły mnie sponsorować. W górach wysokich jest wiele sytuacji, które z mojej perspektywy nie działają. Turystyka wchodzenia na 8-tysięczniki się rozwinęła. Tam jest wielu turystów, którzy samodzielnie sobie nie poradzą. Nie są wychowani na wartościach górskich, tylko lądują na szlaku z przypadku, albo ambicji. To mi się nie podoba, a kiedy mi się coś nie podoba, to wtedy mówię o tym wprost. Jestem ratownikiem-ochotnikiem. Nie ma większej wartości niż uratowanie życia. Często ludzie są tak zajęci własnymi osiągnięciami, że zapominają o tym, co najważniejsze. Na ośmiu tysiącach trzeba sobie pomagać, a nie tylko walczyć o swoje przetrwanie.

Jeśli ktoś nie uprawia tego sportu wyczynowo, to lepiej, żeby nie chodził w Himalaje?


Nie mam nic przeciwko, jeśli ktoś ma pieniądze i sobie taką wyprawę organizuje. Dzisiaj każdy zdrowy człowiek może wejść na Mount Everest przy użyciu tlenu i odpowiedniej pomocy. Zawsze jest ryzyko, ale dzisiaj już nie jest aż tak duże, jak kiedyś. Dzisiaj wykupuje się wycieczkę nawet na najtrudniejsze góry. Od 2010 roku, agencje Russell-Brice poręczują trasy i można wejść na K2. W Polsce mało się o tym mówi, ale po ścieżce można wejść na szczyt. Pozornie bardzo techniczne, trudne szczyty przy odpowiednim zabezpieczeniu są dostępne dla amatorów. Jeżeli agencje mogą zapewnić bezpieczeństwo, to nie mam nic przeciwko. Ludzie idą na łatwiznę. Niektórzy himalaiści się przyklejają do takich wypraw komercyjnych. Mają ścieżkę, po której mogą wejść na K2. Szerpowie, którzy poręczują takie trasy, wymagają opłat od wspinaczy. To normalne, bo ich to kosztuje sporo wysiłku, a także pieniędzy. Są pobierane  opłaty od wszystkich za zaporęczowane trasy, nawet jeśli jedzie reprezentacja Polski, to musi płacić. Jedyne wyjście to iść zupełnie nową trasą i samemu ją poręczować. Ale wtedy mamy trudniej.

 

Turystyka w Himalajach. Jest wesoło? Kiedyś jedna firma zapowiedziała ustawienie toalety na szczycie Mount Everestu. Słyszałem, że bardziej taka budowla przydałaby się u podnóża...?

 

Jest potrzeba, bo pod Everestem jest bajzel. Kiedy wspinałem się na Lhotse, to pojechałem tam jesienią, kiedy nikogo nie ma. Chcę tam kiedyś na narty pojechać, ale o takiej porze roku, kiedy nie ma tam ludzi, za to jest dużo więcej śniegu, chłodniej. Jest tak duży ruch, że cały lodowiec jest zaśmiecony. Szerpowie mi pokazywali filmiki, że tam jest kawiarnia, kafejka internetowa, jest nawet... dom publiczny. O tym się nie mówi. To jest przerażające, ale tam jest Oktoberfest. Przy najdroższych agencjach będziesz mieć dywan w namiocie, grzejnik, whisky, wino bardzo dobre. Dla tych ludzi z dużymi pieniędzmi, to jest forma urlopu. Cała idea zdobywania gór znika. Nie chciałbym w tym uczestniczyć. Jak się dowozi piwo, albo pracownice domu publicznego? Tam latają śmigłowce, więc piwo można dowieźć. Czasami jest też tak, że ludzie, którzy chcą wchodzić na Mount Everest, dolatują śmigłowcem do obozu II, żeby im było łatwiej.

 

Taka wyprawa to także często zderzenie z odmienną mentalnością i podejściem do życia.

Kraje bloku wschodniego to często jakby się cofnąć w Polsce o co najmniej, 20 lat. Jest bieda, bałagan. Trzeba się poddać systemowi i liczyć na to, że jakoś się wszystko ułoży. Jeśli musisz komuś wręczyć kopertę, to ją wręczasz i nawet nie pytasz, dlaczego tyle? Po prostu, taka jest stawka. Za co? Za coś. Czasem nawet nie wiesz, za co (śmiech). Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. W Tadżykistanie jest tylko jeden śmigłowiec, najpierw nie było paliwa do niego, a kiedy skończyliśmy akcję, to śmigłowiec natychmiast poleciał do prezydenta, bo głowa państwa wybierała się w delegację. Całe szczęście udało się tę maszynę wypożyczyć, bo prezydencki śmigłowiec to jedyna droga dotarcia do bazy, bo nie ma ścieżki. Zderzają się dwa lodowce i inaczej się nie da dotrzeć w inny sposób.

Kiedyś, za czasów Jerzego Kukuczki, o śmigłowcach można było tylko marzyć. Macie do dyspozycji najlepszy sprzęt?

Nikt z nas pewnie nie chciałby wyjść w Tatry z takim sprzętem, jaki mieli pionierzy himalaizmu. To była magia odkrywania. Wchodzili w tereny nieznane, niedostępne dla normalnych ludzi, a nawet wspinaczy. Należy im się za to olbrzymi szacunek. Polacy zrobili wiele poważnych rzeczy. Kukuczka był megakozakiem. Dla mnie największym autorytetem jest jednak Wojciech Kurtyka, który w Polsce jest niedoceniany, a na świecie to człowiek, o którym się mówi, bo dokonał najtrudniejszego przejścia alpinistycznego XX wieku, czyli Gasherbrum IV - Świetlista ściana. Nikt tego nie powtórzył. To człowiek godny naśladowania. Nigdy nie szedł na duże, komercyjne wyprawy. Odkrywał ściany, na które większość nie spoglądała. Wchodził w takie miejsca, w których jeżeli nie jesteś świetny, to nawet nie wystartujesz, bo jest po prostu pionowo. Przy tym 8-tysięczniki są łatwe.

Na początku swojej przygody też nie miałeś łatwo ze sprzętem. W domu u ciebie się nie przelewało. Podobno nawet połamałeś kiedyś gromnicę, żeby posmarować narty?

 

To prawda i mama się bardzo wtedy zdenerwowała (śmiech). Nie było nas stać na profesjonalny sprzęt, ale nie liczyło się nigdy, czy mieliśmy modne rzeczy, nowe modele nart, czy jeździliśmy w modnych miejscach. Liczyło się, żeby móc realizować swoje pasje. Dzieciństwo miałem bardzo, bardzo... kreatywne, ale dzięki temu nigdy nie było postawy "coś mi się należy". Jeżeli sobie czegoś nie zorganizuję, to nie będę miał. Mnóstwo młodych ludzi uważa, że rodzice powinni im zapewnić start w dorosłość. Dla mnie największą wartością jest to, że rodzice wychowali 11 dzieci, wszyscy żyjemy i każde z nas sobie jakoś radzi

Fragmenty treningów Andrzeja Bargiela w załączonych materiałach wideo.