Kowalczyk stadion biegowy opuszczała w asyście przedstawiciela organizatorów i omijając strefę mieszaną, w której udziela się wywiadów. Czekających w niej dziennikarzy wprawiła w konsternację. Część z nich ruszyła tropem podopiecznej trenera Aleksandra Wierietielnego.

 

Powód takiego zachowania okazał się prozaiczny. Kowalczyk została wytypowana do kontroli antydopingowej, a dodatkowo spieszyła się na samolot. Już w sobotę wystartuje bowiem w 41. Biegu Piastów.

 

Najlepsza polska narciarka swoją zmianę ukończyła na trzecim miejscu. Od najszybszej, Norweżki Maiken Caspersen Falli była wolniejsza o 7,9 s.

 

Biało-czerwone nie ukrywały, że sukcesem byłoby dla nich miejsce w czołowej ósemce. Nie było żadną tajemnicą, że liczyły na nie z powodu państwowego stypendium, które by im dzięki temu przysługiwało.

 

Kowalczyk nad dziewiątymi w tym momencie Szwajcarkami wypracowała koleżankom ponad minutę przewagę. Reszta była już w nogach Eweliny Marcisz, Kornelii Kubińskiej oraz Martyny Galewicz.

 

Na półmetku, po biegu Marcisz, Polki były piąte, a dziewiąte wówczas Kanadyjki traciły do nich niespełna minutę.

 

- Sztafeta rządzi się swoimi prawami. Są większe emocje, większe zdyscyplinowanie. Jestem zadowolona z pracy jaką wykonałam. Dałam z siebie wszystko. Piąte miejsce dwa lata temu w Falun to już tylko piękne wspomnienie. Teraz drużynę budujemy praktycznie od podstaw. Liczę jednak, że za rok w Pjongczangu znów będziemy walczyły o wyższe cele - powiedziała Marcisz.

 

Bardzo dobrze spisała się Kubińska. Na swojej zmianie osiągnęła szósty rezultat, a przewaga nad dziewiątymi, tym razem Włoszkami, znów wynosiła ponad minutę.

 

- Nawet nie wiem, jak to teraz wygląda. Starałam się trzymać za Niemką i szczerze mówiąc cały czas czekałam, jak wyprzedzi mnie Rosjanka Julia Czekaliewa, ale to się nie wydarzyło - mówiła rozemocjonowana.

 

- Ostatnie dwa lata nie należały do lekkich. Ja do formy wracam po urodzeniu dziecka, dziewczyn nie oszczędzały kontuzje. To ósme miejsce to nie tylko pieniądze, które dla mnie są ważne, bo to przecież mój zawód. Ważniejsze jednak jest to, że da nam ono zastrzyk motywacji do ciężkiej pracy. Skoro mimo tylu przeciwności udało nam się walczyć z najlepszymi, to w przyszłości może być tylko lepiej - dodała.

 

Galewicz ruszała więc w bardzo komfortowych warunkach. Co prawda ataku Rosjanki i Szwajcarki nie zdołała odeprzeć, ale do mety dotarła 20 s przed narciarką z Półwyspu Apenińskiego.

 

- Przewagę miałam dużą, ale i tak czułam lekki stres. Kiedy jednak wystartowałam to już mnie "puściło". Pokazałyśmy, że stać nas na dużo. Przyznaję, że przeanalizowałyśmy składy rywalek i liczyłyśmy na to ósme miejsce. Nie znaczy to jednak, że się nie obawiałyśmy. Jeszcze raz dziękujemy Justynie za wypracowaną przewagę - powiedziała Galewicz.

 

- Nie chcę się tłumaczyć, ale kłopotów zdrowotnych było w tym sezonie tak dużo, że nawet w pewnym momencie zastanawialiśmy się czy warto tu przyjeżdżać. Dziewczyny podniosły jednak rękawicę i robiliśmy wszystko, aby ta sztafeta wypadła jak najlepiej - podsumował trener Wiesław Cempa.

 

Podium wyglądało dokładnie tak samo jak dwa lata temu. Triumfowały Norweżki, a zaciętą walkę o drugie miejsce stoczyły Szwedki oraz Finki. Ponownie lepsze okazały się narciarki "Trzech Koron". Biało-czerwone straciły do triumfatorek 3.22,0.