Iwańczyk: Pasterze śpiewają, bydlęta klękają, czyli o meczu, jakiego już nigdy nie będzie

Piłka nożna
Iwańczyk: Pasterze śpiewają, bydlęta klękają, czyli o meczu, jakiego już nigdy nie będzie
fot. PAP/EPA

Cokolwiek nie napisać o meczu Barcelona – PSG, zatrąci banałem. Dlatego zabluźnię i w prywatnej klasyfikacji umieszczę to spotkanie na szczycie wszystkich historycznych wydarzeń w Lidze Mistrzów. Do wczorajszych wydarzeń nie umywają się nawet finały z 1999 r., kiedy Manchester United dogonił Bayern, i z 2005 r., kiedy uznaliśmy Jerzego Dudka za światowego Superbohatera.

Dawno już przecież ustaliliśmy, że futbol to nasza ziemska alternatywa boskiego porządku nieba i ognia wiecznego. Najczęstsze są stany przejściowe, o nich mówimy rzadko lub wcale. Rozpalają nas historie, w których piłkarscy pomazańcy są w stanie uczynić z piekła raj i odwrotnie.

 

Wiem, wiem, popadam w patos, grafomańskie kawałki cisną się na klawiaturę, ale do wczoraj też nie przypuszczałem, że jeszcze cokolwiek w sporcie mnie zdziwi i rozemocjonuje do granic. 40 lat na karku, ponad 20-letnie doświadczenie zawodowe każe brać ustaloną sportowymi regułami batalię na chłodno. Dlatego wyłączając wątki patriotyczne, kiedy dla występów biało-czerwonych nie potrzebuję logicznego wytłumaczenia, byle były dla nas doznaniem przyjemnym, przesądziłem, że nic więcej ponad to, co widziałem, już mnie nie spotka.

 

Zostańmy przy piłce, tu przecież za mojego życia wydarzyło się już wszystko. Blisko dwie dekady temu Manchester United zdołał dogonić podczas finału Ligi Mistrzów Bayern. Sześć lat później wydarzył się cud w Stambule, gdzie Liverpool odkopał się z grobu i wrócił do żywych. Stał na jego czele Jerzy Dudek okrzyknięty Superbohaterem. To miała być futbolowa ostateczność, kres skalowania umiejętności piłkarskich, odporności psychicznej piłkarzy i emocji tłumów. Guzik prawda, historia nad historie wydarzyła się wczoraj, stając się nr 1. Nawet nie rzecz w tym, że dopiero przy 185. próbie drużyna przegrywająca w pierwszym meczu czterema golami odrobiła straty. Chodzi o wszystko, co na tę piłkarską rezurekcję Barcelony i na tragedię PSG się złożyło; poniżenie tych pierwszych w spotkaniu w Paryżu, wyczerpanie trenera Luisa Enrique ogłaszającego rychły koniec pracy na Camp Nou, pewność siebie paryżan, ich zmienne stany od paniki po poczucie spełnionego obowiązku (gol Cavaniego), czy nieszczęsny sędzia Deniz Aytekin, którego wyraźnie oślepiła nadprzyrodzona moc Katalończyków i zobaczył karne, których widzieć był nie powinien.

 

Piłka nożna wyłącza rozsądek, nawet największy pragmatyk ulegnie futbolowym zjawiskom paranormalnym. Mnie też tknęło, że jesteśmy świadkami cudu, kiedy 10-letni syn wyrwał się ze snu przy golu na 4:1, tuż przed drugim rzutem karnym. Wstał, powiedział, że Barcelona to odrobi i tak ślepiliśmy się bez słowa w monitor aż do apogeum tragedii, w której nadprzyrodzone moce muszą przecież zwyciężyć.

 

 

 

Zastanawia mnie - dziwię się i sobie - skąd ta egzaltacja. Pomijając niecodzienny przebieg meczu, przypuszczam, że w latach 50., 60., 70. spotkania takie zostałoby odnotowane w zupełnie innej temperaturze. Może nie były codziennością, ale wówczas temu podobne widowiska zdarzały się dość często. Górę brały ludzkie słabości, sportowiec choć był wybitny nie musiał być doskonały. Dziś chłoniemy piłkę całkowicie pozbawioną improwizacji, osadzoną w sztywnych taktycznych ryzach, wysublimowaną taktycznie, eliminującą przypadek.

Nie jestem sam. Przejrzałem nazajutrz dzienniki, które nie zwykły łatwo ulegać emocjom. Wszyscy popłynęli. „Marca” pisze o piłkarskiej apoteozie, wskazując na sześć goli, które uczyniły historię. W środku relacja z epickiej „remontady”, zresztą to słowo, które pada od kilkunastu godzin najczęściej, oraz wyznanie reportera, że czegoś takiego nie widział nigdy. „L’Equpie” nie ma słów na to, co zrobili piłkarze PSG, opisuje na okładce jednym słowem „Inqualifiable” [niekwalifikowani]. W środku rozpacz, grzebanie w paryskiej tragedii i uznany za winnego porażki trener Unai Emery, który z większością piłkarzy został oceniony na 2 w skali 1-10.

 

 

Nie da się przytoczyć wszystkiego, co napisane zostało o tym nieprawdopodobnym i niezmierzalnym emocjami meczu - dyskutuje o tym szeroko cały świat. Rzecz w tym, w jakiej retoryce zostało to osadzone; z dala od racjonalnych recenzji, w oderwaniu od chłodnych ocen. Takiego meczu, jak w środę w Barcelonie, nie było i już nie będzie. Szczęśliwi ci, którzy widzieli, ale bądźcie pewni - nic bardziej emocjonującego w futbolu Was już nie spotka.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze