Ponad trzygodzinny pojedynek półfinałowy Rogera Federera z Nickiem Kyrgiosem miał wszystkie elementy wielkiego sportowego widowiska. Centralny kort w Crandon Park Tennis Center był wypełniony po brzegi, mecz rozgrywany był wieczorem, przy światłach co tylko dodawało dramaturgii. Z jednej strony 35-letni Roger Federer – chyba najbardziej stylowa postać współczesnego sportu, a z drugiej młody, gniewny 21-letni Australijczyk Nick Kyrgios. Aparycja i sposób bycia tego ostatniego bardziej pasują do estetyki ringu mieszanych sztuk walk niż do kortu tenisowego. Kiedy w drugim secie Roger nie wykorzystał dwóch piłek meczowych, by w chwilę potem przegrać  tiebreaka wydawało się, że tym razem to już koniec mistrza. Tym razem, bo w ćwierćfinale Szwajcar uciekł spod topora -  bronił piłek meczowych z Tomasem Berdychem (przegrywał już 4:6 w tiebraku trzeciego seta), wypuszczając przedtem przewagę 5:2 w gemach w trzeciej partii. Mecz z Kyrgiosem do końca trzymał w napięciu. W tiebreaku trzeciego seta Kyrgios prowadził 3:1, a potem 5:4 i miał przed sobą dwa serwisy. Najpierw zepsuł łatwy forehand i wściekły przeklął pod nosem w stronę publiczności, która rzeczywiście chwilami była niesportowa, całkowicie oddana Federerowi. W chwilę później tenisista z Canberry popełnił podwójny błąd co dało Szwajcarowi trzeciego meczbola. Tym razem Roger zaserwował mocno, z efektem na zewnątrz. To wystarczyło.  Sfrustrowany Australijczyk z całej siły uderzył rakietą o ziemię. Pomimo swojego niezwykłego talentu Kyrgios pozostaje wciąż nie do końca oszlifowanym diamentem. Musi ciągle pracować nad techniką, taktyką, a przede wszystkim swoim temperamentem. Panować nad emocjami. Jeśli tego dokona wydaje się, że wkrótce wygra turniej wielkoszlemowy.

 

Tymczasem Roger Federer w niedzielę zagra po raz 37 z Rafą Nadalem. Stan meczów 23 do 13 na korzyść Hiszpana. Po piętnastomiesięcznej przerwie zagrają po raz trzeci w ciągu ostatnich 63 dni. Najpierw był pięciosetowy, przepiękny finał w Melbourne, a potem czwarta runda w Indian Wells w zeszłym tygodniu i łatwe zwycięstwo Rogera w dwóch setach. Tym razem delikatnym faworytem wydaje się być Rafa.  Łatwo zwyciężył w półfinale z Włochem Fabio Fogninim i miał więcej czasu by zregenerować siły. Wprawdzie Hiszpan nigdy nie wygrał w Miami (był 4 razy w finale), ale z meczu na mecz gra lepiej i jest głodny sukcesu. Z drugiej strony Roger dwa razy triumfował w Miami (w latach 2005, 2006) więc dlaczego w sumie nie miałby wygrać po raz trzeci? W latach tych wygrywał także w Indian Wells, tak jak w tym roku.

 

Federer - Nadal, najpiękniejsza rywalizacja we współczesnym sporcie. Mijały miesiące i traciłem nadzieję, że zobaczę raz jeszcze mecz właśnie tych dwóch moich ulubionych tenisistów. Pamiętam ich pierwszy mecz, w Miami, w roku 2004. Młodziutki, 17-letni Nadal sensacyjnie pokonał wtedy 22-letniego Federera. W rok później spotkali się w finale i wygrał Roger. A potem było tyle niezapomnianych meczów. Finały największych turniejów. Nie zapomnę tego, który komentowałem z ojcem – w Rzymie w 2005 roku. Pięć nadzwyczajnych setów i w tiebreaku piątej partii meczbole Federera. Ale wygrał wtedy Rafa. Czas leci nieubłaganie i zostawia ślady. Więc kiedy wyjdą na kort centralny w niedzielę o 19:00 naszego czasu pomyślę pewnie, że może to ich ostatni pojedynek. Ostatnie tango w Miami…

 

Transmisja meczu finałowego ATP Miami w niedzielę w Polsacie Sport Extra. Początek o godzinie 19:00.