Żużel

El. żużlowej GP: Awans trzech Polaków

Podróże po całej Europie to chleb powszedni każdego żużlowca, który ma ambicję, aby ścigać się na arenie międzynarodowej i osiągać laury nie tylko na krajowym podwórku. O ile dla przeciętnego Kowalskiego podróż przez cały kontynent jest czymś ekstremalnym, tak dla kogoś uprawiającego speedway to po prostu dzień z życia, kolejna kartka wyrwana z kalendarza i przejażdżka niczym wycieczka rowerowa Marka Cieślaka z Jaskrowa na stadion przy ul. Olsztyńskiej w Częstochowie.

 

Często zadajemy sobie pytanie, a może właśnie niekoniecznie często – Jakie są granice? Gdzie jest ten limit, który z roku na rok jest przekraczany przez żużlowych matadorów. W swoim czasie za obieżyświata był uznawany Sebastian Ułamek. Wychowanek częstochowskiego Włókniarza w szczytowym momencie swojej kariery, kiedy to należał do stajni Tony’ego Rickardssona – sześciokrotnego mistrza świata oraz był czołowym polskim żużlowcem, potrafił w jednym tygodniu objechać kilka lig zagranicznych takich jak angielska, szwedzka, duńska, a przy okazji zahaczyć o Rosję, Niemcy i może jeszcze Czechy. Sam zainteresowany często podkreślał, że dzięki temu czuje się w optymalnej formie i to pozwala mu utrzymać kontakt z motocyklem.

 

Dziś też jest wielu takich, którzy lubią często startować, ale przecież częste występy nie zawsze muszą iść w parze z długimi wojażami. Kalendarz zawodników jest już grubo ustalany na długo zanim wyjadą na tor, aby wykręcić pierwsze kółka. Niby wszystko jest zapięte na ostatni guzik – przejazd autostradą, lotnisko, prom, rezerwacja hotelu, powrót do domu – pełna profeska, ale w tym schematycznym życiu trzeba znaleźć miejsce na czynnik ludzki.

 

Wspomniany wcześniej Tony Rickardsson był tak zdeterminowany, aby sięgnąć po swój szósty tytuł mistrza świata i jednocześnie dogonić legendarnego Nowozelandczyka Ivana Maugera, że postanowił kupić dom … na kółkach, który w swoim czasie robił furorę w żużlowym światku. Szwed uważał, że dzięki temu pogodzi namiastkę domowego ogniska z licznymi podróżami. Kiedy jego olbrzymi pojazd zjeżdżał do parku maszyn w jakimkolwiek polskim mieście, wówczas zainteresowanie kibiców ów pojazdem było nieraz większe, niż sam Tony rozdający autografy. Były żużlowiec m.in. Apatora Toruń i Unii Tarnów stawiał na profesjonalizm w 110%, a że to przenosiło się potem na sukces, to nie dziw, że w jego ślady chcieli pójść inni, chociażby Tomasz Gollob. Okazało się to jednak mało ekonomiczne, ponieważ utrzymanie takiego „przenośnego domku” kosztowało olbrzymie pieniądze, a spalanie paliwa przekraczało możliwości budżetowe wielu zawodników.

 

Z tego powodu wszyscy niemal podróżują swoimi busami, a w nich mają prowizoryczne pokoje, w których śpią, oglądają telewizję, odpoczywają. Takie życie jest nieuniknione, ale mogłoby być znacznie łatwiejsze, gdyby nie żużlowi  decydenci, którym nomen omen nie po drodze z głównymi bohaterami tego sportu.

 

Przykład? Finałowa runda Grand Prix Challenge, która odbędzie się 19 sierpnia w rosyjskim Togliatti. Dzień później w naszym kraju zaplanowana jest ligowa kolejka. Będzie to olbrzymie wyzwanie logistyczne, podróż niespełna 3000 kilometrów, odprawa na granicy i papierkowa robota. To będzie wyścig z czasem, ale także ze zmęczeniem po zawodach i samą podróżą. Władze FIM raczej nie wyciągną ręki w kierunku zawodników, podobnie jak polskie, które nie przełożą spotkań.

 

Wracając do niedawnych rund eliminacyjnych do przyszłorocznego Grand Prix, to mieliśmy zmagania w duńskim Esbjerg, słowackiej Żarnovicy oraz włoskim Lonigo. W tym pierwszym turnieju świetnie pojechał Piotr Pawlicki, który wygrał, a następnie … wsiadł do busa i pokonał niecałe 1000 kilometrów, aby dotrzeć do Torunia na mecz ligowy. Nieco mniejszy dystans przebył Kjastas Poudżuks, ale w drugą stronę, ponieważ Łotysz swój pojedynek w Nice 1 lidze żużlowej miał w piątek w Pile, a następnie przejechał 800 kilometrów do Esbjerg. To jednak nic w porównaniu z Chrisem Harrisem, który pokonał 1300 kilometrów do Rzeszowa na mecz, który został odwołany. Nic nadzwyczajnego. Niecałego „tysiaka” zaliczyli Michael Jepsen Jensen i Janusz Kołodziej do Torunia, a za miedzę Andriej Kudriaszow do Bydgoszczy.

 

Szczęściarze startowali w Żarnowicy, bo stosunkowo niedaleko od naszego kraju. Na swoim ojczystym gruncie szalał Martin Vaculik, który wygrał te zawody i lekką ręką pokonał ponad 400 kilometrów do Wrocławia, tak samo jak Andrzej Lebiediew. Co to za śmieszny dystans, prawda? Casus Harrisa doświadczyli Matej Zagar i Leon Madsen, którzy pokonali ok. 600 kilometrów do Zielonej Góry, niejako na wycieczkę krajoznawczą, bo spotkania nie było ze względu na pogodę. To samo przeżył Troy Batchelor, ale miał do przejechania 400 kilometrów do Rzeszowa. Najwygodniej miał Grigorij Łaguta, który w piątek ścigał się w Rybniku, a następnie przebył zaledwie 230 kilometrów do Żarnowicy.

 

Turniej w Lonigo został przełożony z soboty na niedzielę i z tego powodu Vaclav Milik nie mógł dotrzeć na mecz ligowy do Wrocławia, a miałby do pokonania 1200 kilometrów. To i tak mniej, niż Maksim Bogdanow, którego licznik w busie powiększył się z Piły na ziemię włoską o 1300 kilometrów.

 

4. turniej eliminacyjny odbędzie się 5 czerwca w niemieckim Abensbergu. Dzień wcześniej kolejka w polskich ligach i dla niektórych uczestników tego turnieju znowu będzie to wyzwanie logistyczne.

 

Półfinały zaplanowane są na 15 i 17 czerwca odpowiednio w niemieckim Olching i włoskim Terenzano. Finał 19 sierpnia w Togliatti.

 

Na koniec wróćmy raz jeszcze do Chrisa „Bombera” Harrisa, który pokonał 1300 kilometrów, co stanowi 3600 okrążeń wokół toru…