Szósty raz z rzędu piłkarze ręczni Vive zdobyli krajowy dublet, po wygranych z odwiecznym rywalem z Płocka. O ile wasze zwycięstwo w Pucharze Polski było dość wyraźne (31:24), to walka o krajowy prymat była dużo bardziej wyrównana...

 

Tałant Dujszebajew: Odkąd jestem w Kielcach (styczeń 2014 – PAP) było to najtrudniej zdobyte mistrzostwo Polski. W ciągu tych kilku lat rywal zaprezentował w tym sezonie swój najlepszy handball. Orlen Wisła Płock wysoko nam zawiesiła poprzeczkę, aby ją pokonać musieliśmy wznieść się na wyżyny swoich umiejętności.

 

W Lidze Mistrzów kielecki zespół bronił trofeum zdobytego przed rokiem, ale skończyło się na 1/8 finału i porażce z francuskim Montpellier. Liczył pan chyba na więcej?

 

Oczywiście, że chcieliśmy zajść dalej. Nie zapominajmy jednak, kto pokrzyżował nam te plany. Dla wielu osób była to niespodzianka, wręcz sensacja. Ale u rywali grało pięciu zawodników, którzy reprezentowali Francję na tegorocznych mistrzostwach świata, a czterech grało w pierwszej siódemce. Przegraliśmy ze świetnym zespołem, co nie zmienia faktu, że oczywiście liczyliśmy na więcej.

 

Za nami sezon poolimpijski, szczególnie trudny dla zawodników łączących grę w klubie i reprezentacji, a w Vive większość szczypiornistów to reprezentanci swoich krajów. To miało duży wpływ na postawę pańskiego zespołu w tym sezonie?

 

To nie tylko jeden sezon, to praktycznie dwa lata gry bez przerwy. To był bardzo ciężki sezon. Zawsze powtarzam jednak, że jesteśmy wielkim klubem. Musimy być przygotowani, że co cztery lata będziemy mieli taką samą sytuację. Na igrzyskach mieliśmy 13 zawodników, najwięcej ze wszystkich klubów. To jest oczywiście powód dumy, ale to było też powodem wielu trudnych momentów i niewygodnych sytuacji, które mieliśmy w trakcie tego sezonu. Ale musimy sobie z tym radzić.

 

Pojawiają się głosy, że raz na cztery lata rozgrywki, zwłaszcza ligowe, powinny być zreorganizowane, tak aby tych spotkań było mniej, a zawodnicy mieli więcej czasu na odpoczynek. Zgadza się pan z tą opinią?

 

Ja na to patrzę trochę inaczej. Byłoby bardzo dobrze, gdybyśmy w polskiej lidze mieli regularny sezon z udziałem np. 16 zespołów, które grałyby systemem każdy z każdym, mecz i rewanż. Teraz gramy 26 spotkań, a potem jeszcze play-off. Play-offy mi się nie podobają. Liga regularna jest bardziej sprawiedliwa, bo liczy się cały sezon, a nie pojedyncze spotkania.

 

W poprzednim sezonie, najlepszym w historii klubu, zdobyliście trzy trofea. Teraz dwa, bo zabrakło sukcesu w Lidze Mistrzów. Czy mimo to ocenia go pan za udany?

 

My jako Vive Tauron Kielce, musimy stawiać przed sobą najwyższe cele. Ale ja zawsze powtarzam, że dla mnie wygranie ligi i Pucharu Polski jest ważniejsze niż awans do Final Four. Liga Mistrzów to jest wisienka na torcie. To jest premia za pracę w polskiej lidze. Gdybym jak Alex Fergusson w Manchester United miał pracować w Kielcach 25 lat, to chciałbym 25 razy wygrać mistrzostwo i Puchar Polski.

 

Rok temu do Vive przyszło czterech nowych zawodników. Ogromne nadzieje wiązano zwłaszcza z Deanem Bombacem. Słoweniec początek sezonu miał słabszy, ale pod koniec rozgrywek potwierdził już, że jest szczypiornistą o ogromnych możliwościach.

 

Nigdy nie poradziłbym swoim dzieciom, Aleksowi czy Danielowi, żeby w roku olimpijskim zmieniali klub. Dla zawodnika grającego na takim poziomie, to najgorsze rozwiązanie. Kiedy jesteś na igrzyskach, to praktycznie bez przygotowania musisz zaczynać grę w nowej drużynie, w innym kraju. Dean nie miał szczęścia. Przyjechał po olimpiadzie do Kielc z kontuzją, kiedy już zaczynał dobrze grać doznał kolejnej kontuzji. Nie był na mistrzostwach świata, po nich zaczął trenować i wtedy złapał wirusa grypy, brał antybiotyki przez 10 dni. I jeszcze pod koniec sezonu grał z kontuzją. Ale mam nadzieję, że na początek przygotowań do nowego sezonu będzie w pełni zdrowy. Dodam tylko, że to twardy chłopak. W ostatnim meczu z Wisłą grał przez 53 minuty ze złamaną ręką i nie powiedział mi ani słowa na ten temat. Zna mój charakter i doskonale wiedział, że nie pozwoliłbym mu grać dalej.

 

Po trzech latach gry w kieleckim klubie odchodzi Tobias Reichmann. Przychodził do Kielc jako trochę anonimowy zawodnik, a teraz nie brak głosów, że jest najlepszym prawoskrzydłowym świata. Żałuje pan, że Niemiec zdecydował się na zmianę klubu?

 

Oczywiście, że tak. Musimy jednak zrozumieć, że to nie była dla niego i jego żony łatwa sytuacja. Są Niemcami, to inny kraj, inna kultura. Nie mogli się zaadoptować tutaj w Polsce. Szkoda, ale to jest tylko sport. Dziękujemy mu bardzo za wszystko co dla nas zrobił. Ale teraz przyjdzie na jego miejsce młody, głodny sukcesów Blaz Janc. Jak to się mówi: umarł król, niech żyje król.

 

Na tej pozycji gra jeszcze Darko Djukic. Z jego postawy w minionym sezonie też jest pan zadowolony?

 

Oczywiście. Po olimpiadzie nie miał możliwości dobrego przygotowania się to rozgrywek. To jeszcze bardzo młody zawodnik, który szybko się u nas zaadaptował. Grał wcześniej w Metalurgu Skopje i Besiktasie Stambuł, ale z całym szacunkiem dla tych klubów, to nie to samo co gra w Vive. Jestem przekonany, że Darko idzie w dobrym kierunku i w następnym sezonie będzie jeszcze lepszym zawodnikiem.

 

Nie wspomnieliśmy jeszcze o chorwackim bramkarzu Filipie Ivicu, który zwłaszcza na początku sezonu imponował formą.

 

To świetny zawodnik i dlatego podpisaliśmy z nim kontrakt. Musimy pamiętać o tym, że bramkarz jest jak dobre wino, im starszy i bardziej doświadczony, tym lepszy. A przecież Filip ma dopiero 24 lata. W pierwszej części sezonu grał fenomenalnie. Drugą część miał słabszą, ale i tak jesteśmy z jego postawy bardzo zadowoleni. Pod koniec rozgrywek świetnie za to bronił Sławek Szmal. Obaj bardzo dobrze się uzupełniali.

 

Porozmawiajmy teraz o przyszłym sezonie. Vive wzmocni trzech zawodników: prawoskrzydłowy Blaz Janc z Celje Pivovarna Lasko, o którym już pan mówił, lewy rozgrywający Marko Mamic z Kadetten Schaffhausen i pana syn Alex, prawy rozgrywający Vardaru Skopje.

 

Janc to super talent, o który walczyło pół Europy. Cieszymy się, że jego wybór padł na Vive. Będzie ciężko zastąpić Tobiasa, ale o tę pozycję nie powinniśmy się martwić w naszym klubie.

Mamic to zawodnik, który da nam wiele różnych możliwości gry w ataku i w defensywie. To jest bardzo dobry obrońca i młody zawodnik. Jestem przekonany, że za dwa, trzy lata, będzie jednym z najlepszych piłkarzy ręcznych świata na tej pozycji.

Alex jest najstarszy z nich (24 lata). Od wielu lat gra w reprezentacji Hiszpanii. Przychodzi do nas z zespołu, który wygrał Ligę Mistrzów. Jestem pewny, że w Kielcach także będziemy z jego postawy bardzo zadowoleni.

 

Czy to koniec wzmocnień?

 

Fundament tego zespołu już mamy. Nie jestem zwolennikiem wymiany co roku połowy drużyny. Przed każdym sezonem trzech, czterech nowych zawodników - to odpowiednia liczba. Tak postępując za dwa, trzy lata bezboleśnie dokonamy przebudowy zespołu i zmiany generacji. Musimy bowiem zrozumieć, że tacy zawodnicy jak Karol Bielecki, Sławomir Szmal i Krzysztof Lijewski kiedyś zakończą karierę, musimy być na to przygotowani.

 

Panie trenerze, porozmawiajmy teraz o reprezentacji Polski, z prowadzenia której pan zrezygnował. Czy gdyby tę decyzję miał pan podejmować dzisiaj, byłaby identyczna?

 

Oczywiście, nie zrealizowałem celu, który postawiłem przed sobą i zespołem: awansu na przyszłoroczne mistrzostwa Europy. Gdybyśmy wygrali z Białorusią, a później przegrali w Serbii, to i tak podałbym się do dymisji.

 

Igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro, gdzie otarliście się o medal – to będzie pana najpiękniejsze wspomnienie z pracy z kadrą?

 

Przeżyliśmy na igrzyskach niezapomniane momenty. Szkoda, że nie zdobyliśmy medalu, bo był on bardzo blisko. Z drugiej jednak strony, gdyby w kwietniu ubiegłego roku ktoś mi powiedział, że zajmiemy w Brazylii czwartą lokatę, to brałbym to w ciemno.

Ale zaskoczę trochę pana, bo niezapomnianym przeżyciem było dla mnie, kiedy na tegorocznych mistrzostwach świata we Francji zdobyliśmy Puchar Prezydenta. Niby walczyliśmy o 17. miejsce, ale po zwycięstwie w ostatnim meczu zespół potrafił się cieszyć i to było wspaniałe.

 

Wielu uznało to 17. miejsce jednak za porażkę...

 

Bo nie potrafią zrozumieć, że wielu zawodników pojechało na taką imprezę po raz pierwszy w życiu. Oni muszą jeszcze rozegrać ze 30 spotkań na takich turniejach, poczuć ich klimat, nabrać doświadczenia. Na to potrzeba czasu. Wiele rzeczy nam się we Francji nie udało, ale i tak jestem dumni z tych chłopaków.

 

Z pana słów można jednak odczytać żal, że nie poprowadzi pan już polskiej kadry?

 

Chciałem dalej pracować z reprezentacją. Nie wypaliłem się i nie straciłem energii. Miałem rozplanowane kolejne cztery lata, z turniejami, a nawet pojedynczymi spotkaniami. Ale powtórzę, nie wykonałem celu, który sobie postawiłem. Złożyło się na to wiele przyczyn, ale za to odpowiedzialny jestem tylko ja. Jestem człowiekiem Wschodu, który dotrzymuje słowa, dla mnie honor jest najważniejszy.