Niedziela 4 czerwca, Tarnów. Kibice miejscowej Unii szykują się na  derbowy mecz ze Stalą Rzeszów. Rywalizacja tych dwóch drużyn w przeszłości dostarczała wielu emocji – bez względu na klasę rozgrywkową, w której obie ekipy występowały. Derby Południa także i tym razem miały być czymś więcej, niż zwykłym spotkaniem ligowym. Faktycznie były – kompromitacją, której świadkiem była cała Polska za pośrednictwem kamer Polsatu Sport.

 

Brak szacunku do rywala to jedno, ale brak szacunku dla widza oraz sponsorów, którzy wykładają swoje pieniądze to już brak tupetu. Włodarze rzeszowskiej Stali na mecz w Tarnowie wysłali „drugi garnitur”, bowiem w awizowanym składzie zabrakło Chrisa Harrisa oraz Josha Grajczonka, którzy mieli swoje obowiązki na Wyspach Brytyjskich. W przypadku tego pierwszego wszystko wskazuje na to, że następnej szansy w barwach Żurawi może już nie dostać. Jakby tego mało, na mecz z Unią nie dotarł Dimitri Berge. Opiekun gości, Janusz Stachyra wydelegował skład z trzema juniorami. Biorąc pod uwagę mecz wyjazdowy, specyficzny tarnowski tor plus mocny rywal aspirujący do walki o awans do PGE Ekstraligi, to sam przebieg rywalizacji musiał skończyć się katastrofą.

 

Gospodarze nie pozostawili złudzeń i wygrali 62:28. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, taki rezultat to najmniejszy wymiar kary dla rzeszowian, bo gdyby szkoleniowiec Paweł Baran chciał dobić rywali i w każdym biegu wystawiał najmocniejszy skład, wówczas niespodzianką nie byłby wynik w granicach 70:20. W końcówce w barwach gości przebudził się Dawid Lampart, który wygrał dwa biegi, lecz niewiele to pomogło.

 

Wraz z końcem ostatniej gonitwy w mediach rozpętała się dyskusja na temat zachowania Stali i zlekceważenia tych, którzy dbają o produkt o nazwie Nice 1 liga żużlowa, ale także o cały speedway w naszym kraju. Przeciętny Kowalski, który tego dnia chciał obejrzeć sobie ciekawy mecz w telewizji za pośrednictwem Polsatu Sport zamiast zaciętej rywalizacji, zobaczył parodię, która bardziej przypominała trening niż starcie ligowe. Cierpi na tym wizerunek żużla, ponieważ tydzień później ten sam Kowalski dwa razy zastanowi się, czy znowu włączyć transmisję lub pójść na stadion, żeby być świadkiem podobnej sytuacji z Tarnowa.

 

Casus Stali Rzeszów jest dobrym pretekstem do przemyśleń, aby nie dopuszczać do podobnych wydarzeń w przyszłości. Niestety to nie jest pierwszy taki przypadek, ponieważ wiele polskich klubów wcześniej postępowało tak samo. Kilka lat temu w ekstralidze mający duże problemy finansowe Włókniarz Częstochowa wysyłał na wyjazdowe mecze rezerwowy skład. Z góry było pewne, że transmisji z tych spotkań nie będzie, bo nikt nie chciał podpisywać się pod czymś takim swoim nazwiskiem. Warto jeszcze dodać jeden istotny problem jakim jest płynność finansowa klubu, który rywalizuję z rywalem wystawiającym rezerwy. Im wyższy wynik, tym większa wypłata dla zawodników przy kiepskich dochodach z puli biletów, bo słaby rywal wpływa rzecz jasna na frekwencję.

 

Jak widać wszyscy na tym cierpią. W roli kozła ofiarnego znalazła się teraz Stal Rzeszów, ale jest to efekt ich postępowań. Co jest potrzebne, aby tych kozłów było mniej? Mądra polityka działań polskich włodarzy, którzy często nie mierzą swoich sił na zamiary, a także być może bardziej restrykcyjny proces licencyjny, który sprawi, że kluby z kłopotami nie będą rzucane na głęboką wodę.

 

W najbliższej kolejce Stal Rzeszów pojedzie u siebie z Orłem Łódź. Faworytem będą goście, chociaż do składu gospodarzy wraca Josh Grajczonek. Pytanie, czy ostatnie wydarzenia nie nadszarpnęły zaufania nie tylko sponsorów i telewizji, ale także samych rzeszowskich kibiców, którzy mogą mieć dość tego wszystkiego. O frekwencji na trybunach i postawie sportowej Stali przekonamy się już w niedzielę, ale bynajmniej przed ekranami telewizorów…