Kiedy w 1985 roku w Bukareszcie, podczas rozgrywanych tam mistrzostw świata juniorów, Riddick Bowe, najlepszy pięściarz tego turnieju, złoty medalista wagi półciężkiej, demonstrując walkę z cieniem powiedział mi, że w przyszłości chce być taki, jak Holyfield, nie za bardzo wiedziałem co ma na myśli.

 

Oczywiście znany był mi fakt, że Evander Holyfield zdobył rok wcześniej brązowy medal igrzysk olimpijskich w Los Angeles (1984) i ma już za sobą kilka zawodowych walk. To wszystko. Ale Bowe słyszał co o Evanderze i jego możliwościach mówili w Nowym Jorku starzy trenerzy, wiedział, że to Holyfield powinien zdobyć złoty medal olimpijski, ale został zbyt pochopnie zdyskwalifikowany za uderzenie po komendzie STOP w półfinałowej walce  z Nowozelandczykiem Kevinem Barrym, dziś trenerem Izu Ugonoha.

 

Jeśli dodamy, że zdyskwalifikował go Jugosłowianin , a mistrzem olimpijskim bez walki został jego rodak Anton Josipovic, gdyż znokautowany nieprawidłowym uderzeniem Barry nie mógł do finału przystąpić, to obraz tego co zdarzyło się wtedy w Mieście Aniołów będzie bardziej zrozumiały. 17 letni Riddick Bowe wiedział co mówi.

 

Nie sądził chyba tylko, że po latach, to on znokautuje Holyfielda w ich trzeciejwalce. Ta trylogia przeszła do historii zawodowego boksu. Pierwszy pojedynek wygrywa Bowe, drugi stary mistrz, a w trzecim, gdy postawi wszystko na jedną kartę, rzuci go nawet na deski lewym sierpowym, młody czempion nie pozostawi mu jednak złudzeń, kto jest w tej konfrontacji lepszy.

 

Wielkich, wcześniejszych bojów Holyfielda, jeszcze w wadze junior ciężkiej, gdy sięgał po mistrzowskie tytuły nasza telewizja nie pokazywała. Pierwszy pokazany, gdy wygrywał z George’em Foremanem w 1991 roku, skomentowaliśmy wspólnie z Andrzejem Kostyrą. Później mieliśmy okazję go poznać osobiście, ja komentowałem igrzyska w Atlancie (1996), Andrzej był tam reporterem. Holyfield, który codziennie dopingował pięściarzy siedząc przy ringu wspólnie z Bruce’em Willisem, był gotów zaprosić nas do swojego domu pod Atlantą, wizyta właściwie była już dopięta, ale do sprawy wmieszał się jego menager  i nic z tego nie wyszło.

 

W tym samym roku komentowałem ze studia w Warszawie jego pierwszą  walkę z Mikiem Tysonem, a w kolejnym, już na miejscu w Las Vegas (MGM Grand Garden Arena) ich słynny rewanż, w którym „Bestia” odgryzła mu kawałek ucha. Niespełna pięć miesięcy później, również w Las Vegas, tyle że w Thomas & Mack Center, Holyfield rozprawił się w rewanżu przed czasem z Michaelem Moorerem mając go pięć razy na deskach. Dużą przyjemnością było móc to skomentować.

 

Walk z Holyfieldem w roli głównej, które miałem przyjemność opisywać lub komentować nazbierało się sporo. Jedna z nich, z Henrym Akinwande w Nowym Jorku w 1998 roku, nie doszła do skutku. Polecieliśmy tam z Przemkiem Saletą i już na miejscu okazało się, że Akinwande ma żółtaczkę. Wielkie wrażenie zrobił na nas wtedy otwarty trening Holyfielda, szczególnie 12 rundowa walka  cieniem.

 

Niespełna rok później, też w MSG, znów go spotkałem, w starciu z Lennoksem Lewisem wypadł słabo, a remis był skandalem. Ale w ich drugiej walce, w Las Vegas (listopad 1999) był znakomity i naprawdę niewiele zabrakło mu do zwycięstwa. Pamiętam jak zapytałem przed tym pojedynkiem o opinię Larry’ego Merchanta z HBO. Holyfield fizycznie nie prezentował się najlepiej, wydawało się, że dopadł go wiek, że wszystko co najlepsze ma już za sobą.

 

A Merchant wtedy powiedział: on jest najlepszy w rewanżach, jak stal hartuje się w ogniu.

 

Miał rację, tak właśnie było. W wypełnionej do ostatniego miejsca Thomas&Mack Center (20 tysięcy widzów), siedząc przy ringu z Andrzejem Gmitrukiem komentowaliśmy tę walkę zafascynowani jej przebiegiem. Wygrał Lewis, ale z równym powodzeniem mogło być odwrotnie, bo „Holy” to był wielki mistrz z charakterem.

 

I jeszcze jedno, powszechnie lubiany Holyfield nie odmawiał wywiadów. Był zawsze bardzo przyjazny dla dziennikarzy. Dziś Amerykanie o takim mistrzu wagi ciężkiej mogą tylko marzyć.