Kiedy trzy lata temu przygotowano się do meczu ze Serbią na Stadionie Narodowym, otwierającego tak szczęśliwe dla Polaków mistrzostwa świata, nie brakowało głosów, że to szaleństwo, że to nie może się udać. Siatkarski mecz na dużym stadionie piłkarskim, kto to słyszał …

 

A jednak się udało. Nie tylko w sensie sportowym, bo nasi siatkarze rozbili wtedy Serbów 3:0 i już nie zwolnili. Był to pierwszy poważny sprawdzian Stephane’a Antigi rzuconego na głęboko wodę. Nie tylko się nie utopił, ale wypłynął na szerokie wody.

 

Teraz przed podobnym wyzwaniem stoi jego następca, Ferdinando De Giorgi. Włoch jest znanym trenerem klubowym, ale reprezentacyjne doświadczenie dopiero zdobywa. W Lidze Światowej sukcesu nie odniósł, lepiej poszło polskiej drużynie w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera, ale to były tak naprawdę tylko przygotowania do mistrzostw Europy, po raz pierwszy w całości organizowanych w naszym kraju. Cztery lata temu organizowaliśmy je razem z Danią i sportowo nie wyszło. Polacy przegrali w ERGO Arenie baraż z Bułgarią 2:3, i odpadli z turnieju.  A trener naszej reprezentacji, Andrea Anastasi, stracił pracę.

 

De Giorgi jest w lepszej sytuacji, dla niego sprawdzianem będą przyszłoroczne mistrzostwa świata, ale on podobnie jak jego poprzednicy nie lubi przegrywać. Nasza drużyna też jest głodna zwycięstw. Poprzednie mistrzostwa Europy zakończyła w ćwierćfinale przegrywając ze Słowenią. Na tym samym etapie odpadła z turnieju olimpijskiego w Rio de Janeiro pokonana przez USA.

 

Teraz chcą medalu, ale lista kandydatów do podium jest dość długa. Na pewno są na niej Francuzi, obrońcy tytułu, którzy w Kurytybie wygrali tegoroczną Ligę Światową. Wielu ekspertów twierdzi, że spore szanse na medal mają Serbowie, których wprawdzie na igrzyskach zabrakło, ale mają zespół zdolny do wszystkiego. Rosja, choć mocno przebudowana też jest groźna, podobnie jak Bułgaria, ze zdrowym Cwetanem Sokołowem w ataku.

 

Słowenia, rewelacja poprzednich mistrzostw będzie chciała udowodnić, że to nie był przypadek i rzuci się do gardła każdemu, kto stanie na jej drodze. Włosi, wicemistrzowie olimpijscy, bez Osmany Juantoreny i Iwana Zajcewa nie mają wprawdzie mniejszą siłę rażenia, ale to klasowy zespół i trzeba się nimi liczyć. No i Polska, gospodarz imprezy. Będą jej pomagać przysłowiowe ściany, a w meczu z Serbią wypełniony Stadion Narodowy w Warszawie, czyli 62 tysiące gardeł.

 

Nikola Grbić, trener Serbów mówi wprawdzie, że dla niego, gdyby grał, byłaby to wspaniała, dodatkowa motywacja, by tę publiczność uciszyć, ale nie wszyscy w jego drużynie są takimi twardzielami jak on. Grbić powiedział jeszcze jedno: taka publiczność może też sparaliżować swój własny zespół, jeśli ten jej nie zadowoli. Mamy młodą drużynę, to co jednej strony jest jej siłą, może być też słabością, więc trener naszych rywali dobrze wie co mówi.

 

Ferdinando De Giorgi i kapitan Michał Kubiak są jednak dobrej myśli. Wiedzą, że zespół jest dobrze przygotowany, że solidnie przepracował ostatnie siedem tygodni i jest w stanie walczyć o zwycięstwo z każdym. W ostatniej chwili zaświeciło też słońce, gdy okazało się, że kontuzjowany w ubiegłym tygodniu Mateusz Bieniek zagra jednak w mistrzostwach. W porę udało się postawić go na nogi.

 

Mecz z Serbią będzie oczywiście bardzo ważny, ale gdyby zabrakło oczekiwanego zwycięstwa, nie ma powodów do darcia szat. W sobotę zagramy w gdańskiej ERGO Arenie z Finlandią, a w poniedziałek z Estonią. Te drużyny z całą pewnością są w naszym zasięgu. Osiem lat temu zdziesiątkowany kontuzjami polski zespół poleciał na mistrzostwa do Izmiru niepewny swego. Prowadził go wtedy Argentyńczyk Daniel Castellani. I wrócili ze złotym medalem, pierwszym w historii polskich występów w tej imprezie.

 

Teraz też jest trochę niepewności, ale wszystko może się dobrze skończyć. Trzeba w to wierzyć, bo to naprawdę ciekawa drużyna. A Ferdinando De Giorgi jest mądrym trenerem.