Pindera: To nie jest koniec świata

Siatkówka

Polska przegrała z Serbią w pierwszym meczu mistrzostw Europy 0:3. Ale to dopiero początek turnieju. Warto o tym pamiętać.

Różne rzeczy czytam po tej porażce Polaków na PGE Stadionie Narodowym w Warszawie. Nie zgadzam się, że to kompromitacja, nie jest to też koniec świata. To tylko przegrana z jednym z najlepszych zespołów na świecie. Przegrana która nie jest sensacją, której nie można było się spodziewać, bo to tylko sport i ktoś musi przegrać.

Nie zgadzam się też, że Serbowie uciszyli 60 tysięcy polskich kibiców. Byłem, słyszałem, nie uciszyli. Atmosfera na Narodowym była fantastyczna. Doping był do końca. Serbowie wygrali, bo tego dnia byli lepsi, to wszystko.

Oczywiście można dyskutować, czy mecz z Serbią na początek mistrzostw był dobrym pomysłem. Mogliśmy przecież zacząć z Finlandią lub Estonią, a drużynę prowadzoną przez Nikolę Grbicia zostawić sobie na później. Uznano jednak, że historia lubi się powtarzać, a trzy lata temu pokonaliśmy przecież Serbów 3:0. Ale wtedy nie prowadził ich Grbić, ikona serbskiej siatkówki, jeden z najlepszych rozgrywających w historii, dziś trener z ogromnymi ambicjami, który wie ja zmotywować swoich zawodników. I nie boi się nikogo.

Podczas konferencji poprzedzającej mecz z Polakami powiedział, że gra w jaskini lwa zawsze była dla niego wyzwaniem. – Dobrą grą można uciszyć każdą publiczność na świecie – mówił. Serbowie, raz jeszcze powtórzę, polskiej publiczności nie uciszyli, ale zrobili to czego od nich oczekiwał Grbić: zachowali odpowiednio wysoki poziom koncentracji, by wygrać to spotkanie.

Serbski trener powiedział jeszcze jedną ważną rzecz na wspomnianej konferencji: turniej jest długi i pierwsze wygrane spotkanie o niczym jeszcze nie będzie przesądzać.

I tego należy się trzymać. Grbić nie mówi niczego wielce odkrywczego, ale trafia w sedno.

Teraz trzeba wygrać z Finlandią i Estonią, by zapewnić sobie prawo do dalszej rywalizacji. Wszystko wskazuje, że o dalszych losach Polaków zadecyduje mecz barażowy w środę. Z kim, za wcześnie jeszcze na takie dywagacje. Prawdopodobnie będzie to Bułgaria lub Słowenia, ale poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy. Finowie i Estończycy zagrają z faworytami, Polską i Serbią, na luzie, ręka im nie zadrży.

Wracając jeszcze na chwilę do meczu na Stadionie Narodowym, nasi siatkarze faktycznie trochę nie wytrzymali presji. Pamiętajmy, że to zupełnie inna drużyna od tej, która pokonała Serbów trzy lata wcześniej. Drużyna, która wciąż, pod wodzą nowego trenera, szuka nowego oblicza. Przypomnijmy sobie jak Polacy grali w Lidze Światowej, czy Memoriale Huberta Jerzego Wagnera, który wprawdzie wygrali, ale było różnie.

To nie jest zespół starych rutyniarzy, pewnych swego. Ze świecą szukać  też w tej drużynie gwiazd pierwszej wielkości. Nie wszyscy są, z różnych względów,  w najwyższej formie, a trenerowi chyba zabrakło trochę zdecydowania. Nie tylko moim zdaniem zbyt późno zdecydował się na zmiany. Ferdinando De Giorgi jakby do końca wierzył, że ci na których postawił, w końcu się obudzą.

Nie tak dawno w  meczu z Rosją podczas Memoriału Wagnera podjął taką decyzję wcześniej i zmiennicy dokonali tego, czego nie potrafili gracze podstawowi. I jeśli prezes Kasprzyk mówił, że daje trenerom żółtą kartkę, to ma w tym sporo racji.

Ale raz jeszcze powtórzę za Grbiciem: to dopiero początek turnieju, a porażka w pierwszym meczu nie jest jeszcze końcem świata.

Janusz PIndera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze