- Z bialskim klubem miałam kontrakt ważny jeszcze przez rok i myślałam, że uda mi się go wypełnić. Jednak po konsultacjach z trenerem Tore Aleksandersenem i moich przemyśleniach zdecydowałam się zakończyć karierę i otworzyć nowy rozdział w moim życiu. Zostałam kierownikiem zespołu. Nie była to łatwa decyzja, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że zrobiłam słusznie - powiedział była już zawodniczka BKS, którą część kibiców pamięta pod panieńskim nazwiskiem Barszcz.

Dodała, że przestawienie się na "nowe życie" nie jest tak bolesne, gdyż dalej wykonuje pracę związaną z siatkówką.

- Byłam na kilku treningach, stałam z boku, podawałam piłki. To nie było zbyt satysfakcjonujące dla mnie. Wolę więc skupić się na swoich obowiązkach. Jestem łącznikiem między zawodniczkami, trenerami a prezesem, księgową czy innymi osobami z biura klubu. Dbam o sprawy bytowe siatkarek, na przykład dotyczące wynajmu mieszkań, na mojej głowie jest korespondencja z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej. Dbam też o to, aby do dyspozycji drużyny był odpowiedni sprzęt. Nie chcę jednak mówić, że to wszystko sama załatwiam. Na razie wszyscy mi pomagają, wdrażam się w nową pracę - wyjaśniła.

Chociaż urodziła się w Lubaniu (miasto w woj. dolnośląskim), to od wielu lat jej życie związane jest z Bielsko-Białą: Tu urodził się mój syn i myślę, że tu już zostanę na stałe. Bardzo mi się tutaj podoba - powiedziała Wojtowicz, która do BKS przyszła w 2000 r. Potem dwa razy odchodziła z klubu, aby znów wrócić. Grała też w zespołach z Sankt Petersburga, Białegostoku, Chorzowa, Mielca.

- W BKS zawsze się mówi tylko o najwyższych celach. Podejrzewam, że w nadchodzącym sezonie też tak będzie. Widząc jaką drużynę stworzył trener, władze klubu można powiedzieć, że naprawdę możemy walczyć o medale - odpowiedziała nowa kierownik drużyny BKS na pytanie jaki jest sportowy cel na nadchodzący sezon.