Nie ma chyba sensu zastanawiać się nad trafnością prognozy Xi Jinpinga. 2050 rok to termin tak odległy, że piłkarze, którzy zostaną wtedy mistrzami świata w znakomitej większości jeszcze się... nie urodzili. Warto przy tym pamiętać, że złoto mundialu to, wprawdzie najbardziej medialny, ale zaledwie jeden z punktów chińskiego planu. Inne zakładają utworzenie tysięcy akademii, szkolenie milionów młodych piłkarzy, miliardy inwestowane w ligę, która ma być lokomotywą ciągnącą cały projekt. Po zakończonym w miniony weekend sezonie o Superlidze wiemy już sporo.

Po zimowym okienku transferowym, w którym z Chin płynęły w świat przelewy na oszałamiające sumy, a w odwrotnym kierunku podążały zastępy znakomitych zawodników, cały piłkarski świat czekał niecierpliwie na inaugurację zmagań o tytuł mistrza Chin. Oczekiwania były bardzo duże i - mam wrażenie - zostały spełnione.

Tevez potwierdza regułę

Oglądanie transmisji z Szanghaju, Pekinu czy Kantonu zdecydowanie częściej bywało frajdą niż przykrym obowiązkiem. Przede wszystkim nie zawiodły gwiazdy. Bohaterowie milionowych transferów udowodnili, że do Chin nie przyjechali na wcześniejszą emeryturę.

Bodaj jedynym, choć przy okazji spektakularnym wyjątkiem od tej reguły, był przypadek Carlosa Teveza. Argentyńczyk miał być wielką postacią i czołowym snajperem ligi - okazał się gigantycznym rozczarowaniem i dopiero piątym strzelcem... swojego zespołu. W efekcie Szanghaj Szenhua miast bić się o miejsce w azjatyckiej Lidze Mistrzów, wylądował w dolnej części tabeli, co utratą posady przypłacił urugwajski trener Gustavo Poyet.  

Na szczęście pozostałe gwiazdy świeciły bardzo jasno. Oscar, Hulk, Lavezzi, Soriano, Pato, Modeste, Witsel, Guarin, Papiss Demba Cissé, Ramires - wszyscy oni (i wielu innych) udowodnili, że wyjazd do Azji nie musi oznaczać końca gry na najwyższym poziomie. Koronnym argumentem na obronę tej tezy jest oczywiście przykład Paulinho. Jeszcze jako piłkarz Guangzhou Evergrande był filarem reprezentacji Brazylii w eliminacjach MŚ 2018, a zimą bez najmniejszych problemów odnalazł się w wielkiej Barcelonie. Bilet do Chin nie musi więc być biletem w jedną stronę...



 

Galeria trenerskich sław

 

Trudno się dziwić, że piłkarze nie obniżają w Chinach lotów, skoro trafiają tam pod opiekę wybitnych fachowców. Tylko w zakończonym właśnie sezonie w klubach Superligi pracowali Scolari, Magath, Villas-Boas, Pellegrini, Capello, Gregorio Manzano, Roger Schmidt... Trenerzy na różnych etapach kariery.

Są wśród nich tacy, którzy dzielą się z Chińczykami wieloletnim doświadczeniem oraz tacy, którzy właśnie za Wielkim Murem budują swoje trenerskie CV, jak choćby Fabio Cannavaro, który w nagrodę za znakomitą pracę wykonaną z Tianjin Quanjian od nowego sezonu poprowadzi drużynę mistrza - Guangzhou Evergrande. By raz jeszcze podkreślić rozmach Chińczyków w budowaniu siły Superligi warto wspomnieć, że w miejsce Cannavaro do Tiencinu przychodzi Paulo Sousa...

 

Pieniądze, gwiazdy, tempo i poziom

 

Już tylko powyższa wyliczanka nazwisk daje wyobrażenie o tym, jak grają w Chinach. Ekspert Polsatu Sport Andrzej Strejlau często przy okazji transmisji meczów Superligi chwali imponujące tempo gry, zaangażowanie i - co chyba najważniejsze - coraz wyższy poziom. Były selekcjoner reprezentacji Polski, który swego czasu pracował przecież w Chinach prowadząc Szanghaj Szenhua nie boi się stawiać odważnej tezy, że w wielu aspektach chińska Superliga bije na głowę polską ekstraklasę.

Przesada? Absolutnie nie. Budżetów klubów oraz liczby gwiazd w obu ligach nie ma nawet sensu porównywać. Tu przewaga Chińczyków jest gigantyczna. Pochylmy się zatem nad kilkoma innymi czynnikami, które decydują o atrakcyjności ligi, a nie wynikają (przynajmniej nie bezpośrednio) z ilości zainwestowanych w nią pieniędzy.

 

Dużo goli i kibiców


Gole. W trzydziestu kolejkach minionego sezonu w chińskiej lidze padły 732 bramki. W identycznej liczbie kolejek i meczów - czyli w rundzie zasadniczej sezonu 2016/2017 - piłkarze ekstraklasy strzelili 664 gole. O blisko siedemdziesiąt mniej. A gole to przecież coś, co kibice lubią najbardziej.

A propos kibiców. Średnia frekwencja na meczu chińskiej ligi w sezonie 2017 to - uwaga - 23875 widzów! W Polsce w sezonie 2016/2017 to zaledwie 9679 i to licząc razem z rundą finałową, w której stawka meczów powinna teoretycznie śrubować frekwencyjne rekordy.

Domowe mecze mistrzowskiej ekipy Evergrande z trybun stadionu Tianhe w Kantonie oglądało średnio ponad 45 tysięcy kibiców. Mało tego - aż osiem zespołów, czyli połowa ligi, może pochwalić się średnią frekwencją na meczach u siebie przekraczającą dwadzieścia tysięcy widzów!

Ową granicę dwudziestu tysięcy widzów na mecz w poprzednim sezonie polskiej ekstraklasy osiągnęła tylko Legia, blisko był jeszcze tylko Lech. Za to aż jedenaście polskich klubów zakończyło sezon ze średnią poniżej 10 tysięcy widzów na mecz. W Chinach nie było ani jednego takiego przypadku!

Co przyciąga Chińczyków na trybuny? Na pewno poziom gry i jakość zawodników. Jakość w zawodowym futbolu często przeliczana na pieniądze. Według portalu transfermarkt łączna wartość rynkowa wszystkich piłkarzy szesnastu zespołów polskiej ekstraklasy (wciąż mówimy o sezonie 16/17) to 150,33 mln euro. W chińskiej superlidze - 367,28 mln!

 

Ani starzy, ani zagraniczni


A co z obiegową opinią, że Chiny to przystań dla piłkarskich emerytów? Bzdura. Przeciętny zawodnik polskiej ligi miał w poprzednim sezonie dokładnie 26 lat; w Chinach - 26,8. A, że naściągali obcokrajowców ponad wszelką miarę? No cóż, w ostatnim sezonie ekstraklasy obcokrajowcy stanowili 36 procent ogółu piłkarzy (165 z 459). W Chinach ten odsetek wynosił zaledwie 16 procent (81 z 505)…

Wszystko jedno, czy opieramy się na wrażeniach wyniesionych z oglądania meczów czy też budujemy nasze oceny na fundamencie suchych liczb: piłka nożna w Chinach ma się dobrze, coraz lepiej. A mistrzostwo świata w 2050 roku czy też - bardziej ogólnie - awans do światowej czołówki? Na pewno czeka Chińczyków długi marsz, ale jak uczy historia, akurat oni w długich marszach mają wprawę.