25 tysięcy rozśpiewanych ludzi pod niemieckim mamutem w Oberstdorfie. Piękna skocznia, cudowna atmosfera, tylko pogoda mogłaby być lepsza. Ale nie ma co narzekać mówią skoczkowie. W konkursie indywidualnym udało się rozegrać trzy z czterech serii, konkurs drużynowy odbył się bez przeszkód.

Do tego w dwa dni Polacy zdobyli dwa medale. Najpierw srebrny i tytuł wicemistrza świata wywalczył Kamil Stoch, a dzień później Stoch wraz z kolegami: Piotrem Żyłą, Stefanem Hulą i Dawidem Kubackim brązowy w konkursie drużynowym. To podobnie jak srebro Stocha historyczne wydarzenie dla polskich skoków. Mistrzostwa w lotach do tej pory były domeną innych, tym razem Polacy też należeli do głównych aktorów.

Prezes Apoloniusz Tajner chodził dumny jak paw, nic dziwnego to kolejny w tym roku wielki sukces kierowanej przez niego dyscypliny. Kiedy w drugiej serii konkursu drużynowego Dawid Kubacki skoczył 221,5 metrów, 11 metrów dalej od Niemca Markusa Eisenbichlera, prezes był już pewny, że drużyna wróci z medalem. Spojrzał jeszcze przez lornetkę na wieżę startową, ocenił warunki atmosferyczne i powiedział, że będzie dobrze.

Kamil Stoch zrobił to co do niego należało. 204 metry zapewniło Polakom brązowy medal, Niemcom nie pomógł już Richard Freitag, który poleciał 216,5 m. Niestety dla nich szanse zaprzepaścił wcześniej Stephan Leyhe. 186,5 metra przy tak zaciętej walce, to zdecydowanie za mało. – Niewiele mógł zrobić, miał paskudny silny wiatr w plecy i nie dał rady polecieć dalej – tłumaczył Tajner.

Stoch przyznał, że był już zmęczony. Na szczęście nie musiał dokonywać cudów, by stanąć z drużyną na podium. – Trener Stefan Horngacher tak dobrze nas przygotował, zbudował tak dobry zespół, że nie musiałem robić nic nadzwyczajnego.

W dużym stopniu wyręczył go chociażby Kubacki, który w rozmowie z dziennikarzami zażartował: – Tak naprawdę oddałem dwa dobre skoki, ten w finałowej serii, a wcześniej ten próbny (oba po 221,5 m).
 
A na pytanie, który medal cieszy go bardziej, czy ten srebrny, czy ten brązowy wywalczony z drużyną Stoch odpowiedział, że nie chce tego oceniać. – Każdy sukces to nagroda za pracę i wyrzeczenia. A w drużynie dotyczy to większej liczby zawodników. Tyle, że to nie jest tylko nasz sukces, ale też wszystkich tych, którzy na niego  zapracowali - powiedział.

Stefan Horngacher nie ukrywał, że mocno przeżył ten konkurs.
 
– Bardzo się denerwowałem po pierwszej serii – przyznał austriacki trener polskich skoczków. Po pierwszych czterech skokach Polacy zajmowali czwarte miejsce. Wyprzedzali ich rewelacyjni Norwegowie, zaskakująco dobrzy Słoweńcy oraz Niemcy. W finale udało się wyprzedzić tych ostatnich. – W przerwie nie mówiłem skoczkom nic specjalnego. Powtarzałem tylko, żeby skupili się na swojej pracy, nic więcej. Gdybym miał ocenić chłopaków to Piotrek Żyła skakał nieźle. Stefan Hula pokazał dużo większe możliwości w drugiej rundzie. Za to Dawid Kubacki spisał się bardzo dobrze. Kamil Stoch skakał trochę zmęczony i było to widać. W finale poleciał normalnie, na niezłym poziomie. Nie zrobił nic wyjątkowego, ale udało się obronić medal – mówił trener. Zdradził też, że kadra zostaje na kolejne dwa dni w Oberstdorfie. – Chcemy skakać na normalnej skoczni, żeby odzyskać odpowiednią technikę po dwóch weekendach lotów. Poza tym, to jedyna szansa na pracę na takim obiekcie przed igrzyskami – powiedział Horngacher.

Na zakończenie kilka słów o pozostałych. Na Norwegów w Oberstdorfie nie było siły, to dziś najlepsi lotnicy na świecie. To ich czwarte drużynowe złoto, indywidualnie wygrywali trzykrotnie. Pewnym zaskoczeniem jest postawa Słoweńców, którzy zdobyli srebrny medal. Najsłabiej z nich spisywał się najbardziej utytułowany Peter Prevc, ale jego młodszy brat Domen zrobił więcej niż oczekiwano, podobnie najstarszy z czwórki wicemistrzów świata, Jernej Damjan. Dobrze spisywał się też 24 letni Anże Semenić, mistrz świata juniorów sprzed pięciu lat.

Za dwa lata najlepsi lotnicy spotkają się w Planicy. Osiem lat temu Małysz walczył tam z Simonem Ammannem o złoty medal, ale ostatecznie zajął czwarte miejsce. Kto wie, może Stoch dokona tego czego nie udało się „Orłowi z Wisły”?
 
Teraz najważniejsze są igrzyska w Pjongczang, a wcześniej konkursy w Zakopanem i Willingen.