Heynen, przylatując na rozmowy z przedstawicielami Polskiego Związku Piłki Siatkowej, przywiózł ze sobą belgijską czekoladkę z logiem kółek olimpijskich. To miał być gest zaklinający rzeczywistość. Belg urzekł jednak działaczy PZPS nie tylko pomysłowością, ale i wiedzą o rodzimej siatkówce i został mianowany nowym selekcjonerem biało-czerwonych. My postanowiliśmy nawrócić Heynena na polskie smaki.

 

Zaprosiłem więc selekcjonera polskich siatkarzy w najbardziej charakterystyczne słodkie miejsce Warszawy, do Pijalni Czekolady Wedla. To miejsce z tradycją i historią. W dodatku gospodarze postanowili w piękny sposób przywitać trenera mistrzów świata specjalnym upominkiem. Na tym jednak koniec czułości. Czas poznać wizję Heynena na 2018 rok.

 

Marcin Lepa: Jaką drużynę pan obejmuję, jaką drużynę narodową w pana opinii mamy w tej chwili?

 

Vital Heynan: Tego nie wiem. Oglądałem ostatnio tyle spotkań, widziałem tylu interesujących siatkarzy...

 

Ale czy jest to ekipa bliższa mistrzom świata z 2014 roku, czy tej która odpadła w ćwierćfinale igrzysk olimpijskich, a może tej która przegrała baraże ostatnich mistrzostw Europy?

 

To żadna z tych drużyn. To ekipa złożona z siatkarzy, którzy grają bardzo dobrze w PlusLidze i zagranicą. Ale przede wszystkim chcę by moja drużyna składała się z bardzo zmotywowanych zawodników. To mój najważniejszy cel, bowiem chcę stawiać na siatkarzy, którzy są naprawdę mocno umotywowani.

 

To istotne, bowiem uważam, że straciliśmy trochę tożsamość reprezentacyjną.

 

Myślę, że bardziej radość z gry. Podczas ostatnich mistrzostw Europy przyglądałem się waszym siatkarzom i nie widziałem u nich uśmiechu. A ja chcę, aby zawodnicy mieli radość i walczyli. Wtedy każdy będzie patrzył i mówił: tak, to są siatkarze, którzy lubią grać w reprezentacji. Lubię rozmawiać, więc odbyłem już rozmowy z 20 zawodnikami i na razie mam bardzo dobre wrażenia.

 

Jaki ma pan pomysł na polską reprezentację?

 

Aby stworzyć zespół, trzeba spojrzeć na wiele aspektów. Bardzo lubię używać pewnego konceptu, który z japońskiego nazywany jest Kaizen. To filozofia biznesowa używana przez koncern Toyoty – oznacza, że każdego dnia musisz być nieco lepszy. Niewiele, ale lepszy. Nie chcę wywracać wszystkiego do góry nogami, ale dzień po dniu chciałbym robić kroki naprzód i po trzech miesiącach widzieć postęp. To dotyczy każdej sfery: technicznej, mentalnej, taktycznej. Każdej. Wówczas będzie widać lepszą grę. Wierzę, że kibice to docenią.

 

Jaki cel stawia pan tej drużynie?

 

To łatwe. Po blisko 50 latach Polska zasługuje na medal olimpijski. To wielki cel, który sobie stawiamy. A wcześniej chcielibyśmy w czasie mistrzostw świata zagrać przeciwko najlepszym zespołom i zrobić postęp. Co to oznacza? Że powinniśmy awansować do najlepszej szóstki turnieju, może ósemki. W najgorszym wypadku musimy być wśród najlepszych 10 zespołów na świecie. Jeśli tak się nie stanie, to znaczy, że nie poczyniliśmy spodziewanych postępów i trzeba wszystko od nowa przeanalizować. Jeśli jednak młodzi zawodnicy połączeni razem ze starszymi stworzą zespół, który awansuje do czołowej szóstki, to znaczy, że osiągniemy wielki rezultat. A kiedy już trafisz do szóstki, a mówię o tym, bo tak jest skonstruowany system turnieju, to wszystko się potem może wydarzyć. Jeśli dziś powiem, że celem jest medal mundialu, mogę wywrzeć zbyt wielką presję na podopiecznych. I być może na sobie, bowiem ja chcę dokonać zmian, które wymagają czasu. Ale jeśli kibice i dziennikarze nie zobaczą postępu w naszej grze już na mistrzostwach, to znaczy, że zawiodłem.

 

W Polsce jednak jest wielka presja wyniku i czasem ciężko czekać na poprawę gry, jeśli nie ma dobrych rezultatów.

 

Nie zgadzam się z tym. Przypomnijmy sobie Puchar Świata z 2015 roku, gdzie minimalnie przegraliście awans na igrzyska olimpijskie. Mimo to graliście znakomicie. I nie pamiętam wówczas krytyki wobec zespołu, bo ludzie doceniali drużynę. Kibice są mądrzy i rozumieją, że czasami można grać dobrze, a nie osiągnąć celu. Problem jest kiedy grasz źle i nie realizujesz założeń. Ale proszę się nie bać – jestem krytyczny wobec siebie i chcę widzieć zmiany już po pierwszym tygodniu zgrupowania. Z doświadczenia wiem jednak, że to wymaga sześciu tygodni. A problemem w tym roku jest, że Liga Narodów ruszy po zaledwie 10 dniach zgrupowania, więc ciężko będzie o postęp już w tych rozgrywkach. W czasie mistrzostw świata zobaczycie już rezultaty mojej pracy. Tego jestem pewien.

 

Dlaczego upierał się pan na łączenie dwóch posad?

 

Jestem chorym człowiekiem, cierpię na ADHD, czyli nadpobudliwość, nadaktywność. Jeśli zamknięcie mnie w domu i każecie siedzieć na krześle, to będzie dla mnie jak kara. Nie mogę tego robić. Kocham trenować, więc potrzebuję drużyny. Powiedziałem to działaczom – albo dacie mi pracę na 12 miesięcy, dacie mi drużynę młodzieżową lub jakąś inną, albo pozwolicie pozostać w klubie. Nie jestem stworzony do tego, aby siedzieć w domu przez 5-6 miesięcy – to sprzeczne z moim charakterem. A po drugie – trenerzy, którzy prowadzą dwie drużyny, uczą się szybciej i są bardziej pochłonięci siatkówką. Od początku powtarzam tę samą historię – spójrzcie na czołowych trenerów, którzy zdobywali medale na ostatnich igrzyskach. To byli trenerzy, którzy pracowali na dwóch posadach.

 

Ma pan już listę nazwiska siatkarzy, których powoła pan do drużyny i współpracowników do sztabu trenerskiego?

 

Mam wiele nazwisk. I to zarówno siatkarzy, jak i trenerów. Odbyłem wiele rozmów z zawodnikami oraz szkoleniowcami i przedstawiłem federacji listę osób, z którymi chciałbym współpracować. Wszyscy z którymi rozmawiałem są zainteresowani, ale teraz to działacze muszą porozumieć się z moimi wybrańcami i zobaczyć, czy uda się wypracować wspólną listę siatkarzy i trenerów. Wówczas ją przedstawimy.

 

Kiedy ją poznamy?

 

O to musicie spytać się w federacji. Ja zajmuję się sportową stroną, a sprawy organizacyjne zostawiam działaczom. Jeśli jednak chodzi o moich współpracowników, to obowiązuje jedna zasada – chcę ludzi, którzy są zmotywowani, którzy naprawdę chcą pracować w drużynie narodowej. I znalazłem tylu ludzi, którzy odpowiedzieli mi: tak, chcę pracować dla naszej drużyny narodowej. Wątpię więc, aby działacze szybko nie dogadali się z tymi trenerami.

 

Słuchając pana wszystko wydaje się proste. Jakie jednak problemy widzi pan przed naszą reprezentacją?

 

Nie wiem. Moją pracą nie jest szukanie problemów i analizowanie przeszłości. Nasłuchałem się już wielu historii, ale one nie są dla mnie istotne. Mam styl pracy i wytłumaczyłem go już ludziom. I to bardzo istotne, aby wszyscy go zrozumieli. Obciążam graczy odpowiedzialnością, ale też daję im ją. Rozmawiam z siatkarzami i pytam się ich, jak możemy razem popracować latem. Historia każdego siatkarza jest bowiem inna. Weźmy na przykład historie Śliwki i Kubiaka. Są kompletnie różne. Śliwka gra w Polsce, nie ma międzynarodowego doświadczenia i jest młodym gościem. Kubiak gra w Japonii, ma wielkie doświadczenie, gra już długo w drużynie narodowej. Muszę więc porozmawiać z oboma, aby zrozumieć co jest dla nich najlepsze. A później, kiedy zrozumiesz, co jest najlepsze dla każdego, na końcu zespół będzie na tym korzystał. Musimy patrzeć w przyszłość i uczyć się na błędach, ale pamiętać, że macie w Polsce nie tylko dobrych siatkarzy, ale także mądrych zawodników. Chciałbym wykorzystać te cechy siatkarzy nie tylko na boisku, ale także poza nim.

 

Po mistrzostwach Europy w środowisku padało wiele pomysłu na odbudowę polskiej siatkówki. Od wyboru polskiego trenera, po wprowadzanie młodych siatkarzy, od przebudowy składu, po hasło – w reprezentacji mają grać po prostu najlepsi siatkarze. Jakie jest pana zdanie?

 

Po części prawda leży pośrodku. Po pierwsze w drużynie narodowej nie muszą grać najlepsi siatkarze, ale tacy, którzy sprawią, że będzie to najlepsza drużyna. A to wielka różnica. Oznacza, że musisz mieć wielu dobrych siatkarzy, ale jeśli nie będą zaangażowani w drużynę, to ucierpi ona na tym.

 

Po drugie mamy wspaniałą nową generację siatkarzy, ale przeanalizujcie igrzyska olimpijskie i powiedzcie ilu zawodników grających tam miało mniej niż 24 lata? Niewielu. Rzadko zdarza się, aby zawodnicy w tym wieku już walczyli o medal igrzysk olimpijskich. W męskiej siatkówce zawodnicy muszą osiągnąć wiek 23-24 lat, zanim zaczną grać na pewnym poziomie. Myślenie, że siedmiu mistrzów świata juniorów może już grać na tym poziomie wśród seniorów jest utopijne. Niemniej jeden czy dwóch, którzy już dojrzali mogą pomóc drużynie. Nie oczekujcie jednak, że siatkarze tacy jak Kochanowski, czy Kwolek, którzy są niezwykle interesujący i będą czynić postępy, będą robić różnice w seniorskiej drużynie narodowej w pierwszych latach. To raczej inwestycja na przyszłość. Za rok, dwa, czy cztery będą na pewno świetni. Być może już nie za mojej kadencji, ale potrzebują czasu.

 

I tu pojawia się problem Polski – przechodzimy bowiem do starszych zawodników. Często nie dajecie im czasu. Jeśli nie widzicie postępu u siatkarzy w wieku 25 lat, skreślacie ich. A ja tymczasem widzę ewolucję jaką przeszedł ostatnio Schulz. Atakujący Trefla Gdańsk rozgrywa znakomity sezon, a nie jest już 22-latkiem. Jest znacznie starszy. Spójrzcie jednak na przemianę tego siatkarza między 25, a 28 rokiem życia. A czasem podobny postęp są w stanie poczynić nawet starsi siatkarze. Tylko wymagają czasu.

 

No i wreszcie ostatni problem – często w drużynie macie za mało starszych siatkarzy, bowiem w wieku 28 lat kończą już powoli przygodę. A my potrzebujemy jednego, czy dwóch zawodników powyżej 30 lat. To oni pomogą tym, którzy ledwie skończyli 20 wiosen. Drużyna narodowa musi więc zachować balans między młodością, a doświadczeniem. Dobra drużyna narodowa musi posiadać siatkarzy z każdej grupy wiekowej i tego będziemy szukać.

 

W poprzednich latach polska reprezentacja zawsze oparta była na świetnych defensywnych przyjmujących jak Winiarski, Ruciak, czy Bąkiewicz? Widzi pan ich następców teraz?

 

Fornal może być takim zawodnikiem. Absolutnie. Pytanie, czy już teraz, ale w przyszłości na pewno. Ma przed sobą przyszłość, aby zostać świetnym przyjmującym, który wciąż będzie dobrze atakował. W starszej grupie wiekowej takim siatkarzem jest Śliwka. On wciąż jest młody, dopiero zaczyna. Takim zawodnikiem jest Mika. On oczywiście jest najstarszy i już utytułowany, ale także jest takim typem siatkarza. Ale macie także kompletnych graczy. Widzę naprawdę sporo nazwisk. Teraz wyzwaniem dla mnie będzie stworzenie z nich prawdziwego zespołu. Indywidualności muszą stworzyć zespół. Wszyscy wiedzą, że lubię, kiedy zespół ma kontrolę nad meczem i kiedy nie ryzykujemy zbytnio. Wczoraj graliśmy z Friedrichshafen mecz o Superpuchar Niemiec w którym popełniliśmy dwa błędy w ataku i zostaliśmy dwa razy zablokowani w całym spotkaniu, bowiem nie chcieliśmy podejmować zbyt wielkiego ryzyka. I w tym może pomóc każdy gracz. Pod warunkiem, że wierzy w strategię. Dla mnie jakość siatkarzy nie jest problemem.

 

Pytam, bowiem w przyszłym roku do tej drużyny dołączy Wilfredo Leon. MA pan to gdzieś w głowie i będzie budował ekipę na kolejne rozgrywki, czy skoncentruje się tylko ma mundialu? Jest pan w kontakcie z Leonem i zaprosi go pan na zgrupowanie reprezentacji?

 

Zacznę od drugiej części – jestem w stałym kontakcie z Leonem, rozmawiamy i mamy świetną relację. On mi podsuwa bardzo mądre i dobre pomysły. Jestem pewien, że pojawi się w Spale. Powiedziałem mu, że jeśli chce, może z nami trenować. To zależy od niego. Ale na pewno przyjedzie na zgrupowanie, będzie w czasie rozgrywek Ligi Narodów. To pozwoli nam myśleć o nim, jako o członku tej drużyny. To dla mnie bardzo ważne, aby traktować go jako część tej drużyny także od strony „ludzkiej”.

 

Ze sportowego punktu widzenia moim zadaniem jest sprawić, aby każdy siatkarz był coraz lepszy. Jeśli to się uda, to cała drużyna będzie lepsza. Ale nie poświęcę całej pracy z ekipą dla Leona, który dołączy do nas w przyszłym roku. Nie. Chcę, aby każdy siatkarz był lepszy i to pozwoli uczynić lepszą drużynę, niezależnie kto będzie w danej chwili przebywał na boisku. Przecież inaczej będziemy grać z Bednorzem, który jest dobrym atakującym i potrzebuje piłek do skończenia akcji, a inaczej ze Śliwką. Drużyna musi mieć umiejętność przystosowania się, choć pewne ogólne zasady, ogólne ramy także muszą obowiązywać. I siatkarze muszą się do nich dostosować. I to nie zależy od tego czy będzie w ekipie Leon. Na początku musimy zagrać dobrze w mistrzostwach świata bez niego. A dopiero za rok będziemy myśleć, o ile lepsi będziemy z nim w składzie. Ale przez rok może się wiele wydarzyć.

 

Widzi pan także następców Mariusza Wlazłego na ataku i Pawła Zagumnego na rozegraniu?

 

To jest pytanie, które często pada w Polsce. Ale to pytanie o problemy. A ja wolę patrzeć na możliwości. I widzę wielkie możliwości – według mnie Kurek w 2015 i 2016 roku był jednym z najlepszych atakujących na świecie. Zagrał świetnie w Pucharze Świata, bardzo dobrze w kwalifikacjach olimpijskich i między innymi przez niego nie awansowałem z reprezentacją Niemiec na igrzyska. Rozmawiałem z nim i obaj zgadzamy się, że jego najlepszą pozycją jest pozycja atakującego. Poza nim macie Konarskiego, który zrobił olbrzymie postępy i lubi ciężką pracę. Za to go cenię. Są też Muzaj, Kaczmarek i Schulz, który ma świetny sezon. Już wymieniłem więc pięć nazwisk.

 

I podobnie rzecz ma się z rozgrywającymi. Oczywiście nie zastąpicie Zagumnego, który był wspaniałym siatkarzem i miał piękną karierę, zakończoną wielkim triumfem. Ale macie dobrych rozgrywających, którzy są w wieku 28-31 lat jak Drzyzga i Łomacz. A dla rozgrywającego idealny wiek to 35-37 lat. Wówczas ma kontrolę nad wszystkim. Nie porównujcie ich więc z Zagumnym. A za nimi są też młodsi jak Komenda z Katowic, Kozub ze złotego pokolenia. To są moje cztery nazwiska w głowie. Ale rozgrywający potrzebują czasu. Jeśli wcześniej mówiłem, że w kadrze powinni być siatkarze powyżej 30 roku życia, to przede wszystkim powinni to być rozgrywający. Musisz mieć doświadczonych rozgrywających, bo oni dadzą spokój i pewność drużynie.

 

Słyszałem, że chce się pan wyprowadzić ze Spały i organizować zgrupowania w trakcie sezonu w różnych miejscach?

 

Nie chcę zmieniać siedziby głównej polskiej siatkówki, ale lubię nowe miejsca. Jeśli masz dobrą pamięć, to ostatni olimpijski medal Polska zdobyła w Montrealu, a przygotowania do tamtych igrzysk odbywały się wówczas w Zakopanem. A słyszałem, że tam panują doskonałe warunki. Pomyślałem więc symbolicznie o Zakopanem i powrocie tam. W Spale siatkarze przygotowywali się w ostatnich latach, a jeśli są podobni do mnie, to mogli się już tym znudzić. Ale myślałem także o organizacji zgrupowań w dużych miastach, aby otworzyć się na kibiców. Chcę pokazać drużynę każdemu w Polsce. Trochę spóźniłem się już z zaplanowaniem tego roku, ale chcę pokazać drużynę wszędzie i każdemu, nie tylko w lasach Spały lub górach Zakopanego. Mamy wspaniałych siatkarzy i czas wyjść z nimi do ludzi, zamiast siedzieć schowanymi.

 

Dlaczego tak upierał się na Polskę, dlaczego chciał pan naszej reprezentacji nawet na przekór działaczom?

 

To proste – lubię Polskę. Trenowałem tu przez półtora roku i dla mnie, jako szkoleniowca to najpiękniejsze miejsce na świecie. Siatkówka jest tu wiecznie pokazywana, media śledzą wydarzenia, kibice są aktywni. Na początku to nie było dla mnie łatwe, ale przyzwyczaiłem się. W 2013 roku nawet nie marzyłem, że będę trenerem waszej reprezentacji. A teraz – wow udało się. A po drugie chciałbym wywalczyć medal olimpijski. Jak dokonać tego? Przejmij jedną z najlepszych reprezentacji, dodaj do niej Leona – choć i bez niego są tu świetni siatkarze, a nadchodzi jeszcze złota generacja, więc jest tutaj tyle jakości siatkarskiej, że to dla mnie największe wyzwanie w życiu. I być może najlepsza okazja, aby wywalczyć krążek. Jeśli byłby to złoty medal olimpijski, to prawdopodobnie byłby moim ostatnim w zawodzie.