Owszem, postawa Legii nie budzi nadziei, ale czy powinna? Przecież we Francji najbogatsze PSG też musiało oddać przed rokiem palmę pierwszeństwa AS Monaco. A i Manchester City w Anglii nie zawsze wygrywa...

 

Awans stołecznej drużyny do Ligi Mistrzów w sierpniu 2016 roku był sukcesem. Ale zarazem początkiem końca „tamtej” Legii Warszawa. Zamiast wieloletniej hegemonii i finansowego „odjazdu” reszcie ligowej stawki zaczęły się konflikty, problemy, nieudane transfery i dość bolesne rozstania. Nie tylko z piłkarzami jak i szkoleniowcami, ale także ludźmi zarządzającymi w klubie. I to na różnych szczeblach.

 

Najpierw pożegnano się z trenerem Besnikiem Hasim, który bądź co bądź tę długo wyczekiwaną kwalifikację uzyskał. W przerwie zimowej z Warszawy „uciekli” napastnicy, za którymi przy Łazienkowskiej długo będzie się jeszcze tęsknić – Nemanja Nikolić i Aleksandar Prijović. W czerwcu Warszawa przestała być już piękna dla Vadisa Odjidji-Ofoe. Bez niego - mimo wszystko - szczęśliwe mistrzostwo Polski byłoby nie do zrealizowania. Jagiellonia już wtedy była przecież o włos od tytułu. Legia pod wodzą Jacka Magiery zagrała bowiem wiosną zaledwie dwa dobre mecze – jeden z Ajaksem Amsterdam w Lidze Europy i jeden z Lechem Poznań u siebie. Do mistrzostwa się doczłapała.

 

A potem? Walka o europejskie puchary z przeciętnymi FK Astaną i Sheriffem Tyraspol została boleśnie przegrana. Magiera także w Ekstraklasie nie był w stanie nad zespołem zapanować. Został zwolniony po kompromitacji z mistrzem Mołdawii i trzecią porażką w ośmiu ligowych spotkaniach. Romeo Jozak po ciężkim starcie do końca roku opanował kryzys. Wkrótce pożegnał kompletnie nie pasujących do Legii Thibaulta Moulina, Armando Sadiku, Daniela Chimę Chukwu, Dominika Nagya, Macieja Dąbrowskiego czy Jakuba Czerwińskiego.

 

Na starcie rundy po spotkaniach w Lubinie z Zagłębiem, Śląskiem w Warszawie czy Lechią w Gdańsku wydawało się, że Domagoj Antolić, William Remy czy Marko Vesović są właściwymi piłkarzami jak na Legię Warszawa. Ale najpierw Jagiellonia Białystok, a potem Wisła Kraków i w końcu w Wielką Sobotę Arka Gdynia odarła obserwatorów z podobnego zdania. Po imponującym przed czerwoną kartką z Jagą Antoliciu widać było miesięczną przerwę w grze. To samo dotyczyło Chrisa Phillipsa. Cafu był pogrążony w chaosie, Remy z meczu na mecz podejmował za duże ryzyko i zespół ponosił tego konsekwencje.

 

Eduardo, który jest dla mnie największym rozczarowaniem ligi, gra tylko dlatego, że problemy ze zdrowiem znów eliminują Jarosława Niezgodę. Ale umówmy się: Jarek jest ciekawym prospektem, ale przynajmniej osiem zespołów w naszej lidze ma lepszych napastników niż główny kandydat na mistrza. Bezjak, Gytkjaer, Kaczarawa, Paixao, Angulo, Carlitos, Piątek, Robak. Obawiam się, że każdy z nich dałby dziś Legii więcej niż była „perełka” z Puław. A na Eduardo naprawdę żal patrzeć, tym bardziej, że jeszcze nie wymazałem z pamięci ile warszawskiej drużynie dawał Danijel Ljuboja.

 

Reasumując, z ekipy, która z powodzeniem grała z Realem Madryt czy Sportingiem Lizbona zostały już tylko okruchy. Arkadiusz Malarz i formacja obronna (niecała, bo z „Królewskimi” zagrali Michał Pazdan i Adam Hlousek, a obok nich biegali Bartosz Bereszyński i Jakub Rzeźniczak), które przecież nie mają aż tak dużego wpływu na kreowanie gry w takim zespole jak Legia. I starszy o półtora roku Miroslav Radović, który przez niemal całą jesień się rehabilitował. I to wszystko. Naprawdę ciężko jest oczekiwać, by przy kolejnym wywróceniu niemal całego składu taki twór zaczął już perfekcyjnie funkcjonować.

 

Bo najgorsze w sytuacji Legii jest to, że ona musi wygrywać tu i teraz. Że musi zdobyć mistrzostwo Polski i powalczyć o godny start w pucharach. Ale prawda jest taka, że nic nie musi. „Musiała” niespełna dwa lata temu wyeliminować Dundalk, ogrzała się w cieple Champions League, zarobiła pieniądze, ale co ma z tego teraz? No właśnie. Nic. Nawet wspomnienie remisu z Realem jest niepełne bo przecież mecz rozegrano przy pustych trybunach. Więc nie ma co robić akcji przeciw Romeo Jozakowi, tak jak robiono to w przypadku Henninga Berga czy Besnika Hasiego.

 

Za łatwo wpadamy ze skrajności w skrajność. Świat się przecież nie rozpadnie, jeśli ligę wygra ktoś inny. Bo jak widać, sukces w tej lidze to wcale nie musi być początek złotej ery. Jeszcze w polskiej lidze nie zdarzyło się tak, by ktoś potrafił to właściwie zdyskontować. Coś na ten temat mogą powiedzieć w Krakowie. Czasy Stana Valcxa, Roberta Maaskanta i holenderskiego zaciągu odbijały się „Białej Gwieździe” długo. Od Champions League była o krok. A od tamtego czasu do tytułu nawet się nie zbliżyła.