Pierwszy raz zobaczyłem go na pomoście w Warnie, gdzie rozgrywano Turniej Przyjaźń - 84, czyli socjalistyczne zawody dla tych krajów, które z powodów politycznych nie poleciały do Los Angeles, bojkotując igrzyska olimpijskie. To była niesamowita impreza, padły 33 rekordy świata, badania dopingowe były fikcją. Wygrywali tylko Bułgarzy i siłacze ze Związku Radzieckiego.

 

W najcięższej kategorii złoty medal zdobył wtedy Ukrainiec Anatolij Pisarienko po pasjonującej walce właśnie z Białorusinem Kurłowiczem (obaj reprezentowali ZSRR), a brązowy Robert Skolimowski.

 

Kurłowicz prowadził wyraźnie po rwaniu (210 kg), wydawało się, że Pisarienko (200 kg) nie odrobi już strat. Tym bardziej, że w pierwszym podejściu podrzutu męczył się okrutnie z ciężarem 247,5 kg, a Kurłowicz podniósł 252,5 kg i w dwuboju miał 262,5 kg.

 

Ale starszy trzy lata Pisarienko dokonał cudu, w drugiej próbie podrzucił 265 kg. Tyle ile potrzebował, by wyprzedzić młodszego rywala, poprawiając przy tym o cztery kilogramy rekord świata należący do Siergieja Didyka, innego z siłaczy radzieckich, nieobecnego w Warnie, i wynikiem 465 kg wyprzedził w dwuboju Kurłowicza. W ostatnim boju próbował jeszcze podrzucił 267.5 kg, zarzucił sztangę na klatkę piersiową, ale nie wybił jej w górę.

 

Obaj Kurłowicz i Pisarienko w niczym nie przypominali poprzednich wielkich mistrzów. Wysocy, proporcjonalnie zbudowani, bez brzuchów. Modelowi atleci, którzy dźwigali kosmiczne ciężary. I gdyby nie fakt, że jeszcze w tym samym roku złapano ich na przemycie środków dopingowych do Kanady i zdyskwalifikowano na dwa lata, to ich rywalizacja przyniosłaby jeszcze bardziej nieprawdopodobne rezultaty.

 

Kurłowicz osiągnął więcej niż Pisarienko, który po dyskwalifikacji na pomost już nie wrócił. Startując w barwach ZSRR wygrał igrzyska w Seulu (1988), cztery lata później już jako reprezentant Wspólnoty Niepodległych Państw zdobył złoty medal w Barcelonie (1992).Na igrzyskach w Atlancie (1996) mógł wreszcie reprezentować Białoruś, ale najlepsze lata miał już wtedy za sobą. Zajął piąte miejsce.

 

Urodzony w Grodnie siłacz czterokrotnie wygrywał też mistrzostwa świata (1987, 1989, 1991, 1994 - ten ostatni dla Białorusi), dwukrotnie mistrzostwa Europy i dwanaście razy ustanawiał rekordy świata. Jego najlepsze wyniki – 215 kg w rwaniu, 260 kg w podrzucie i 272,5 kg w dwuboju do dziś robią wrażenie.

 

Wielokrotnie był w Polsce, startował na naszych pomostach, dobrze mówił w naszym języku. Szeptano, że miał polskie pochodzenia i gdyby nie meandry historii zdobywałby medale dla naszego kraju.

 

W 2007 roku, miałem okazję zamienić z nim kilka słów podczas mistrzostw Europy rozgrywanych w Strasbourgu. Prezydentem Europejskiej

Federacji Podnoszenia Ciężarów był nieżyjący już król sztangi, Waldemar Baszanowski, a Kurłowicz powoli wspinał się po szczeblach międzynarodowej kariery. Był wtedy cenionym sędzią i nie brakowało głosów, że w przyszłości zostanie szefem światowych ciężarów.

 

Dwa lata temu w Rio de Janeiro był już bliski szczytu, należał do prominentnych działaczy IWF (Światowej Federacji Podnoszenia Ciężarów). Komentowałem boks i tenis stołowy, ale kilka razy wpadłem do hali, gdzie dźwigali najsilniejsi ludzie świata. Był szczuplejszy niż w czasach, gdy podnosił kosmiczne ciężary, w eleganckim garniturze i pod krawatem wyglądał na dyplomatę, a nie na byłego siłacza, który na pomoście przenosił góry. Wydostojniał, żeby nie powiedzieć, że wyprzystojniał. Takim go zapamiętam.

 

Zmarł nagle, na zawał serca, w rodzinnym Grodnie, gdzie zostanie pochowany. Po Naimie Suleymanoglu, legendarnym bułgarskim Turku, trzykrotnym mistrzu olimpijskim, który zmarł pod koniec ubiegłego roku, jest kolejnym wybitnym ciężarowcem, który przedwcześnie odchodzi.