Bożydar Iwanow: Jesteś jednym z ostatnich z epoki tzw. „ulicznych piłkarzy”, którzy swą przygodę z piłką zaczynali nie na orlikach czy w szkółkach tylko na podwórku?

 

Maksymilian Banaszewski: Trochę tak, można tak to określić. Jeszcze niedawno mówiło się, że gram trochę po juniorsku, czasem nonszalancko. Ale już to zmieniłem, potrafię bardziej wyważyć kwestię ryzyka i odpowiedzialności. Z drugiej strony w polskiej piłce brakuje odważnego dryblingu, luzu, odejścia od schematu, podjęcia własnej inicjatywy.. Brakuje tego, co w Hiszpanii. Ta liczy się właśnie polot, wyjście od schematów, swoboda w grze i działanie na instynkt.

Wracam jednak do wcześniejszego pytania. To prawda, że już jako dziecko przejawiałeś takie umiejętności, że starsi chłopcy wywoływali cię, byś zagrał z nimi pod blokiem?

 

Tak było. Pamiętam gdy jako pięcio-sześciolatek dzwonili domofonem, żebym wyszedł na dwór i z nimi pokopał. Trafiłem na szczęście na taki okres, że większość czasu spędzało się podwórkowych boiskach. I to przez cały dzień, grałem czasem z kolegami starszymi ode mnie pięć lat. Przerwa, gdy mama wołała mnie na obiad, a potem z powrotem do grania.

 

Tata zaczynał podobno dzień od lektury „Przeglądu Sportowego” ale sporo czasu w tych pierwszych latach poświęciła ci właśnie matka.

 

Tata znalazł w gazecie informację o naborze do Hutnika Warszawa, więc z mamą zadecydowali, że dość grania pod blokiem, bo mogę wpaść w jakieś złe towarzystwo (śmiech).

 

Na początku niespecjalnie ci się podobało.

 

Trenowałem z chłopakami dwa lata starszymi. Pamiętam, że któregoś dnia nie chciałem iść na trening, narzekałem. Mama wzięła sprawy w swoje ręce i powiedziała, że głupoty opowiadam. Że to chwilowy kryzys i niedługo będę jej wdzięczny za to, że nie zrezygnowałem. Tak faktycznie się stało. Nasz rocznik w Hutniku jednak się rozpadł, więc z naszym trenerem Grzegorzem Faberskim przenieśliśmy się do Varsovii. Później był krótko Marymont, wreszcie Unia Warszawa. Ostatni klub w wieku juniora.

 

To tam wypatrzony zostałeś przez Ajax Amsterdam?

 

Zorganizowano obóz, na który przyjechali trenerzy tamtejszej Akademii. Przez tydzień prowadzili treningi, polecenia były tłumaczone z angielskiego, choć ja akurat radziłem sobie ze zrozumieniem. Na koniec organizowano gierkę. I mimo, że przyjechałem na ten obóz z opóźnieniem, bo wracałem z Mistrzostw Polski juniorów, po miesiącu dostałem zaproszenie na testy. Miałem 15 lat, gdy poleciałem do Amsterdamu. Dla mnie to była abstrakcja, jak wygląda kompleks, baza, cała otoczka. Po pół roku udałem się tam raz jeszcze, zagrałem w sparingu. Puentą tej historii jest to, że nagle kontakt się urwał. Problem polegał na tym, że obóz organizowała grecka agencja. Namawiali na to, aby się z nimi wiązać. Proponowali, że będą mnie wysyłać po różnych klubach. To było ryzykowne. Gdy za drugim razem wracałem do Polski wraz z dyrektorem Akademii dopytywał o wszystko, dawał do myślenia, że wkrótce się odezwą, wrócą do tematu. Ale ten się urwał. Jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie o pieniądze. Było, minęło. Fajny okres.

 

W wieku 16 lat zadebiutowałeś w Zniczu.

 

Mariusz Pawlak ściągnął mnie zimą, po kilku tygodniach dał mi szansę, zaliczyłem parę występów. Na stałe wskoczyłem do składu jako siedemnastolatek.

 

Najlepszy twój sezon w Zniczu to rozgrywki 2015/2016 okraszone awansem do pierwszej ligi. Sześć bramek  i sześć asyst to solidne liczby. Wtedy sporo się o Tobie mówiło.

 

Zdecydowałem się zostać w Pruszkowie, choć jakieś zapytania były. Bez konkretów jednak. Skupiłem się na tym, żeby zagrać kolejny dobry sezon. Liczyliśmy na to, żeby namieszać w tej lidze. Nie udało się. Teraz klub też ma ciężki sezon, mam nadzieję, że uda się mu utrzymać w drugiej lidze.

 

Zastanawiające jest to, że do Stali Mielec odszedłeś akurat po słabszym w twoim wykonaniu sezonie.

 

Patrząc z boku można pomyśleć, że to dziwny transfer. Jakieś uzupełnienie. Ja wierzyłem w swoje możliwości, wiedziałem, że mogę stać się kluczową postacią. Sztab trenerski a przede wszystkim Zbigniew Smółka położyli nacisk na te aspekty, na które poprzedni szkoleniowcy nie zawsze zwracali uwagę. Tu mogłem rozwinąć skrzydła.

 

Masz 23 lata. Już 23. A ciągle nie zagrałeś w Ekstraklasie.

 

Dochodzą mnie o słuchy o zainteresowaniu. Sobotni mecz z Drutexem (2-2) nam się nie ułożył.  Szanse na awans są minimalne, ale jeżeli jeszcze jest…  Na razie skupiam na tym, żeby dokończyć sezon.

 

Pasowałbyś do Eredivisie. W Holandii już przecież byłeś.

 

Mam pozytywne wspomnienia. Trenowałem w starszym roczniku jakiś czas. I dawałem sobie radę. Nie mam żadnej zadry. Na pewno chciałbym tam wrócić. To już mój jeden, choć krótki,  przystanek w karierze. Ostatniego słowa na pewno jeszcze nie powiedziałem.