Złote dziecko polskiego speedwaya, Gollob wygrywał w stolicy Czech w porywającym stylu. Nie przestraszył go deszcz ani kąpiel w błocie w 1999 roku kiedy okazał się sprytniejszy od Grega Hancocka i Jasona Crumpa. Gollob powtórzył sukces w 2010 roku, gdy ostatecznie wspiął się na wierzchołek żużlowej piramidy wśród solistów. Osiem lat temu Tomasz miał łzy w oczach kiedy stał na podium zawieszony powyżej kościoła Tyńskiego, willi Bertramka, Orloja i sanktuarium Loreto… W 2010 roku Nicki Pedersen i Jarek Hampel przyglądali się radości Tomasza. Wydawało się, że rosnąca w siłę polska husaria będzie kroczyć od wygranej do wygranej, tymczasem mijają lata, a nikt nie potrafi powtórzyć osiągnięć Golloba. Widocznie księżniczka Libusza wypowiedziała magiczne zaklęcie i chociaż polscy żużlowcy są okrutnie blisko najwyższego stopnia podium w Pradze, płonne są nadzieje, aby pofrunąć nad Wełtawą wychwalaną pod niebiosa przez Bedrzicha Smetanę… Festiwal drugich miejsc rozpoczął w 2004 roku Jarek Hampel. „Mały” powtórzył wynik w 2007, 2011 i 2015 roku. Jarek aż czterokrotnie meldował się na drugiej pozycji przy ulicy Vojteśky 11 w Pradze. Zmarłych na malowniczo położonym w pobliżu stadionu hrbitove (cmentarzu w narzeczu Vaclava Havla) przybyło, trawa zdążyła się zazielenić przy klasztorze benedyktynów, a jedyne czego polscy kibice wybierający się do Pragi mogą być pewni to faktu, że usłyszą rzewną, przepiękną i chwytającą za serce melodię „Kde domov muj” – czeski hymn. 26 maja 2018 roku chórek dziecięcy wzruszająco wykonał hymn naszych południowych sąsiadów. Dźwiękowiec Lukas długo pozostawał pod wrażeniem dziecięcych głosów, które popłynęły ponad Prahą 6. Rozkołysany Brevnov wydawał się pląsać w rytm zamyślonego oblicza dyrygenta, który bardzo długo dziękował Jiriemu Hejtikowi zanim zniknął w czeluści tunelu prowadzącego na murawę stadionu. Gdyby wtedy ktoś przepowiedział, że finałowy wyścig GP Czech rozstrzygnie się na ostatnim metrze, pan dyrygent niechybnie udałby się w te pędy na wzgórze Vysehrad, aby ukąsiły go komary, bo wedle wierzeń czechosłowackich żużlowców, komar zapewnia bezmiar szczęścia. Kto wie czy owa tajemna wiedza nie przydałaby się Krzysztofowi Kasprzakowi, który był drugi w GP Czech’2013 tudzież Patrykowi Dudkowi, który o mały włos nie pokonał Fredrika Lindgrena w wyścigu o nieśmiertelność…

 

Posiłki z Jablonca nad Nisou

 

Honza miłuje sport. Kiedy majowy welon zamienia Pragę w wiosenny ogród, Honza opuszcza na kilka dni rodzinne strony i w pocie czoła pracuje dla klubu żużlowego Olymp. Za nic w świecie nie wyprowadziłby się z 45-tysięcznego Jablonca nad Nisou. W tym uroczym miasteczku połączonym tramwajową pępowiną z Libercem urodziła się znana Honzie Bara Spotakova (dwukrotna mistrzyni olimpijska w rzucie oszczepem) oraz Jan Stoćes (trener dwukrotnego zwycięzcy Wielkiego Szlema w deblu – Łukasza Kubota). Honza od brzasku po zachód słońca wozi gości przybywających na GP Czech, sprawnie wijąc się minibusem przez kręte praskie uliczki. Na co dzień pracuje z biathlonistkami i biegaczkami na nartach. Z Lukasem Bauerem (specem od narciarskich maratonów, trzykrotnym medalistą olimpijskim) zna się za pan brat. Podobna zażyłość łączy go z Katką Neumannovą (medalistką olimpijską). Honza uwielbia klimat panujący na praskiej Markecie i choć nie jest wielkim fanem żużla, to nie przeżyłby, gdyby nie zjawił się w Pradze przy okazji GP na ploche draze. Łączy go duch solidarności z przedstawicielami innych dyscyplin. Honza rozumie, że Petr i Pavel Ondrasikovie nie podołają w duecie takiemu wielkiemu przedsięwzięciu jak organizacja mistrzostw świata na żużlu, więc wspiera szefów Markety najlepiej jak potrafi. Honza ma znakomicie rozpracowaną siatkę połączeń pomiędzy hotelami a lotniskiem Ruzyne, więc wozi bez pudła (jak na biathlonowej strzelnicy) notabli z FIM. Graham Brodie, Anthony Steele, Krister Gardell, Armando Castagna, Tony Briggs – zawsze mogą liczyć na uczynność Honzy, który ze wszystek sił pragnie, aby Wielka Nagroda Czech była kameralną perełką w kalendarzu mistrzostw świata. I co intrygujące, szacownym gościom z piedestału speedwaya nie przeszkadza, że nieopodal hotelu, w którym błogo zasypiają przed pracą, pani ubrana na biało mająca nie mniej wiosen niż Lucie Bila, troszczy się o staranne nawadnianie chodnika. Gdyby o istnieniu niewielkiego dopływu Wełtawy rozlewającego się w pobliżu przystanku tramwajowego Malovanka wiedział Tomas Topinka, były solidny czeski żużlowiec (szósty w GP w Pradze w 2003 roku), a obecnie toromistrz na Markecie, pewnie zaoferowałby pracę owej pani podczas GP Czech. Być może wówczas Vaclav Milik częściej wyprzedzałby rywali na prostej przeciwległej…

 

Kryjówka za gofrownicą

 

Gwiazda Włókniarza Częstochowa i Smederny Eskilstuna – Fredrik Lindgren wbił się w czarną skórzaną kurtkę. Gdy wczesnym wieczorem w czwartek, a zatem dwa dni przed łamaniem motocykla na Markecie, mijał po zewnętrznej lobby bar w hotelu Pyramida, wyglądał na szczęśliwego człowieka. Freddie nauczył się jak perfekcyjnie magazynować energię. Nie jest gejzerem energii w hotelowym zaciszu. Owszem, jego ukochana Carolina Jonasdotter kucnie, aby pobawić się resorakiem z arcyzdolnym dzieckiem z Polski. Co więcej, uczyni to przy akompaniamencie pulsującej gofrownicy, ale Freddie wie, że każdy, choćby minimalny gest to strata sił. Uczy się od najlepszych: Tony Rickardsson też słynął ze zdawkowych zdań przed prestiżowymi zawodami. Do soboty 26 maja 2018 roku Tony Rickardsson był jedynym Szwedem, który wygrywał w Pradze.  

 

Fredrik, który przez pierwsze cztery serie GP Czech sprawiał wrażenie onieśmielonego, jakby dumał schowany za maszyną do wyrabiania gofrów, przebudził się dopiero w 17 wyścigu. Pojechał agresywnie na pierwszym wirażu. Widać było, że irytuje go brak solowego zwycięstwa. 7 punktów w 4 startach: to nie był dorobek kojący nerwy. Emil Sajfutdinow, Jason Doyle i Artiom Łaguta nie mieli nawet odwagi ziewnąć... Freddie zaczął przypominać dynamit z ubiegłorocznej GP w Warszawie. Prawdziwym majstersztykiem była akcja zacnie przemyślana i godnie wykonana w pierwszym półfinale. Tai Woffinden wydawał się być nieuchwytny. W zasadniczej części turnieju dwukrotny indywidualny mistrz świata ze Scunthorpe stracił zaledwie jedno oczko (na rzecz współpracującego z Mercedesem i F1 Artioma Łaguty). Woffy był szybki, ale Fredrik w końcówce zawodów miał się czym odepchnąć i wykazał się sporą dozą kreatywności. Nożyce jakimi zaskoczył w półfinale Brytyjczyka były przedniej marki.

 

W finale Freddie przegrał minimalnie start z Patrykiem Dudkiem. Polak delikatnie nakrył Szweda na dojeździe do pierwszego łuku, a następnie zręcznie odpierał ataki jegomościa z Orebro. Syn Tommy’ego Lindgrena zachował się niczym wytrawny gracz i stary lis. Na dwóch okrążeniach zamarkował atak na nożyczki (ostra jazda pod skrzydłami mantinelu, czyli czeskiej bandy), a potem kontrowanie motocykla i przycięcie do krawężnika. Dwukrotnie taką próbę udaremnił Duzers, ale na ostatnim okrążeniu Szwed napędził się tak bardzo po zewnętrznej, że Patryk jadący zbyt ciasno i wąsko zostawił sporo przestrzeni Lindgrenowi. Finisz był porywający, bo wydawało się, że Patryk wpadnie na metę razem z Freddiem. Lindgren wyciągnął się jak struna i okazał się minimalnie szybszy. Szwecja czekała aż 13 lat na kolejnego asa, który zatknie flagę nad klasztorem. Tony Rickardsson był królem Prahy w 1998 roku oraz 2005 roku. Freddie zżyma się i przeistacza z lodowej góry w krwistego Latynosa kiedy słyszy opinię, że wziął się znikąd. Mieszkaniec Andory uważa, że przez ostatnie sezony stopniowo czynił postępy. Jest gotów, aby podjąć najtrudniejsze wyzwanie w karierze. Celuje w medal, ale każdy kto nie może żyć bez powiewu metanolu wie, że Freddie chce wdrapać się na sam szczyt. 33 lata – idealny wiek, aby zostać zaproszonym na galę FIM mistrzów świata do Andory… W kapciach i smokingu po złoty krążek…

 

Schowany za kranikiem, z którego wylewało się morze ciasta potrzebnego, aby zalać platformę do wyrabiania gofrów, wydawał się jakby szukał wytchnienia i ciszy przed popełnieniem wielkiego literackiego dzieła. Obcowanie z kwiatem sportów motorowych (Moto GP, superbikes, motocross, enduro, trial) i bliskość cudnej przyrody daje Szwedowi upragniony balans pomiędzy zwariowanym światem wyścigów a porannym szumem rwącego potoku. Sekret w tym, aby przyglądać się sapiącej gofrownicy, ale nie kosztować wyrobu z ulicy Belohorskiej w Pradze. Ot, zakamarki psyche. I choć są tacy panowie w parku maszyn, którzy sugerują, że Freddie wygrał w Pradze, bo sędzią zawodów był jego krajan Krister, to prawda jest taka, że Lindgren ma cechę, która daje mu przewagę nad resztą. Nawet niezbyt udane zawody kończy zwycięstwem. Męczył się w czterech seriach startów, ale znalazł złoty środek, pojechał z zębem w najważniejszym rozdaniu kart i wygrał. Tego nie przewidziała wokalistka formacji Ina ani Jana Kratochvilova, która rozkochała w sobie widzów numerem „Publikum tve jsem ja” (Jestem twoją widownią). Szefowa praskich mażoretek – Katerina Vacatkova – też nie spodziewała się, że Freddie tak zgrabnie ukończy zawody i po dwóch rundach GP będzie miał punkt przewagi nad Woffym. Katerina była przepełniona żalem, że po ósmym wyścigu, gdy w roli głównej wystąpiły traktory, telebim na Markecie zamarł z przerażenia. Na ekranie miała pojawić się Caroline ze Szwecji, która miała zaproponować zamążpójście niejakiemu Glenowi. W chwili, gdy Czesi zagrzewali okrzykami Glena do boju, ekran wypełniła czerń, a spod rozweselonych namiotów wydobył się jęk zawodu. Z ust Glena nie padło słówko: tak. Tack sa mycket (dziękuję bardzo) powiedział jedynie Freddie swoim mechanikom po wieczorze kosztującym go sporo nerwów… Nazajutrz gofrów nikt nie śmiał dotknąć… Fani szlaki ze Szwecji cieszą się, że Freddie nie założył czesko – szwedzko – tureckich opon Anlas, bo pewnikiem ukończyłby zawody z dorobkiem Craiga Cooka, czyli dwoma punktami…

 

Ambitne plany Markety

 

Żużel w Czechach jest uroczą dyscypliną. Nie ma tłumów wiwatujących na widok Hugo Rosaka, Frantiska Juhana, Jiriego Stancla czy Alesa Drymla. Jest tęsknota za latami świetności Jawy i rozkoszna zabawa, gdy przez znakomicie działające na Markecie głośniki płynie nuta formacji „Psi Vojaci”. Dobra awangarda, znakomity rock i wrzawa na widok Vaclava Milika, który w szóstym wyścigu po profesorsku ograł Patryka Dudka, Chrisa Holdera i Artioma Łagutę. Vaclav wie, że dźwigał na barkach presję pierwszego Czecha, który stanął na podium na Brevnovie. Trzecie miejsce w GP Czech’2017 było wybornym osiągnięciem. Po takim występie można udać się na spacer na bosaka do Pardubic, lecz proza żużlowego życia nie pozostawia przestrzeni na takowe fanaberie.

 

Obecny na zawodach Jiri Beran, dyrektor sportowego kompleksu Olymp, przechowuje w głowie niezwykły pomysł. W niedalekiej przyszłości, stadion będzie służył biathlonistkom i biegaczkom. Część Markety zostanie zadaszona, a zimą fani będą mogli podziwiać celne strzały i porywające finisze speców od sprintu. Inni eksperci od sprintu, a więc od łamania się na motocyklach, mogą spać spokojnie. Ministerstwo spraw wewnętrznych zadba o tradycję. 90 lat po pierwszych zawodach na Letnej w Pradze, nikomu nie śni się, aby motocykle rozkochane w metanolu zamilkły. Czy istnieje bowiem cokolwiek piękniejszego w otaczającym nas świecie niż przejażdżka tramwajem linii 22 przez rozświetloną Prahę po tak czarodziejskim finale, w którym Duzers i Freddie niczym dwa cienie uchwycone w obiektywie Jana Saudka pędzą ku mecie?