Dla Tybury była to bardzo ważna walka, ponieważ wchodził do oktagonu po dwóch porażkach z rzędu - z Fabricio Werdumem (23-8-1, 6 KO, 11 SUB) i Derrickiem Lewisem (20-5-1, 17 KO, 1 SUB).

 

W pierwszej rundzie Struve próbował zaskoczyć Polaka wysokim kopnięciem, ale czujny Tybura się obronił, po czym łatwo obalił Holendra. Ten nie potrafił skorzystać ze swoich warunków, więc "Tybur" powoli realizował swój plan. Będac na ziemi, punktował ciosami w tułów, ale sędzia w pewnym momencie podniósł walkę.

 

Na początku kolejnej odsłony tego pojedynku kilka ciosów w dystansie Struve nie zrobiło wrażenia na Polaku, który po około 90 sekundach znowu przeniósł walkę do parteru. W pewnym momencie rywal Tybury łapał się palcami u nóg za siatkę, sędzia zaczął go pouczać, a ten wdał się w dyskusje z nim. Dzięki temu "Tybur" uwolnił rękę. Na ziemi Polak trafił pięknym łokciem, ale gdy obaj wstali został zaatakowany frontkickiem, który nim zachwiał. Holender miał swoją szansę, ale Tybura świetnie się do niego przykleił, nie dając mu szans na skończenie. W przerwie między rundami okazało się, że Struve miał paskudne rozcięcie na brodzie...

 

W rundzie numer trzy Tybura nie podchodził już tak blisko rywala, mając w pamięci kopnięcie Struve. Polakowi trudno było pokonać różnicę zasięgu, jaka dzieliła obu zawodników. Pierwsze sprowadzenie mu się nie udało, ale za drugim razem już rzucił rywalem... najpierw o siatkę, następnie na ziemię. Tam zaczął młotkować przeciwnika i przeleżał na nim do końca.

 

Sędziowie nie mieli wątpliwości, kto był lepszy. Punktowali 30:27, 30:27 i 29:28 na korzyść Tybury.