Adamek opowiada także o swojej, już trzynastoletniej karierze w USA, trzymaniu formy, spokojnym oczekiwaniu na datę 59 zawodowej walki w karierze i nazwisko kolejnego rywala. "Każdy trener mi coś dał - Roger Bloodworth, Ronnie Shields z którym ciężko trenowałem w Houston. Tacy trenerzy byli mi wyznaczeni w karierze. Bogu dziękuję za to".


PG: Jeszcze u siebie w New Jersey, na treningowej bieżni - Tomek jak wyglądają przygotowania do tegorocznego występu na ringu?


Tomasz Adamek: Biegam, jest siłownia, jest walka z cieniem. Nie sparuję, na razie na to nie czas. Żyję sportowo. Jestem zawsze czynnym sportowcem, nie lubię siedzieć w domu i nic nie robić. Najbardziej lubię biegać i robię to codziennie, po osiem-dziesięć kilometrów. Są też inne ćwiczenia, które Jakub Chycki zawsze mi poleca.


To, że jesteś w domu, nie zmienia faktu, że ciągle jesteś w stałym kontakcie z Jakubem Chyckim, bardzo ważnym dla ciebie człowiekiem od przygotowania fizycznego.

 

Oczywiście, on wszystko wie. Utrzymuję wagę, nie mam więcej niż 103 kilogramy, może 104 - to maksimum. Nie jestem młodzieniaszkiem, więc muszę się ruszać. Na wagę nie patrzę, ale patrzę na to, co jem. Jak mawiają w Stanach - dżonków nie jadam. Trzeba się pilnować.


Pilnować także dlatego, że tych walk na najwyższym poziomie zostało Tobie - jak sam mówisz, jedna albo dwie. Były, czy nawet są, dwa tematy - ewentualny występ na gali Kubrata Pulewa lub możliwy pojedynek w Chicago, 6 października z Jerrellem Millerem, gdzie były już pierwsze, choć nieformalne, rozmowy. No i oczywiście opcja kolejnej walki w Polsce.


Z Millerem to byłaby świetna walka, bo on lubi się bić, więc dla kibiców coś do oglądania. Ja lubię "tańczyć" w ringu, schodzić z linii ciosu, trochę się pobić - świetna walka dla oka. Wiem, jak się z nim bić - lewy sierp, dużo szybkiego lewego prostego, prawa ręka. Miller jest bardzo otwarty na ciosy, wszystko wchodzi. Nie dopuścić go do mnie i walka wcale nie taka trudna, jak się może niektórym wydawać. Dużo ruchu, walka na środku ringu - wystarczyłoby.


Miller ma walczyć w Chicago 6 października. Do kiedy musiałbyś otrzymać potwierdzenie występu, żeby się do niej odpowiednio przygotować?


Trenuję już ponad trzy tygodnie, więc osiem tygodni by wystarczyło, bo już pracuję. Byłbym gotowy na każdego. Więcej nie potrzebuję. Jak będę niedługo (od 8 sierpnia) u Gusa Currena na Florydzie, to też pojadę tam nie po to, żeby leżeć na plaży, bo tego nie lubię, tylko żeby trenować. Dwa razy dziennie trening i czekanie na datę walki. I nazwisko rywala.

 

 

Krótka retrospekcja kariery w USA, od 2005 roku, wojny z Paulem Briggsem? Co ubyło, co przybyło, czy niektóre z tych lat były zmarnowane?


Uważam, że wszystko jest dobrze - bo jestem zdrowy, to przede wszystkim. Nie wiem czy miałem zmarnowane lata czy nie. Nawet jak były te wojny ringowe, jak z Briggsem, to ciągle jest dziś ze mną OK, mam wszystko w głowie. Dziś bym już tak pewnie nie walczył, ale to były inne czasy. Nie mogę narzekać, nic nie mogę już zmienić - było, jak było. Jest nowy trener, ręce trzymam wyżej. Każdy trener mi coś dał - Roger Bloodworth, Ronnie Shields z którym ciężko trenowałem w Houston. Tacy trenerzy byli mi wyznaczeni w karierze. Bogu dziękuję za to.