Jedno jest pewne, do wtorkowego rewanżu ze Spartakiem Trnava w kwalifikacjach w Ligi Mistrzów nic się nie wydarzy. Niemal pewne jest też, że nawet w przypadku powodzenia nieprawdopodobnej wręcz misji i odrobienia strat 0:2 na Słowacji, posada Deana Klafuricia wciąż będzie zagrożona.


Wiadomo było, że po wtorkowej wtopie ze Spartakiem nikt o zdrowych zmysłach nie sięgnie po nowego trenera. Zatrudnienie takiego, który spełniałby kryteria Legii, dawałby gwarancję europejskiego warsztatu, doświadczenie w pracy z multinarodową szatnią, a do tego jeszcze potrafiłby odnaleźć się w niełatwych realiach będących konsekwencją ostatnich dni, było po prostu niemożliwe.


Legia stoi przed nie lada zadaniem: musi awansować do fazy grupowej Ligi Europy, by uratować stabilność budżetu, ale musi też starannie wybrać nowego trenera na przyszłość zdolnego patrzeć na klub nie tylko przez pryzmat pierwszego zespołu. Takie są wymagania właściciela Dariusza Mioduskiego, który widzi klub realizujący cele Legii I, ale również dba o rozwój akademii i rozumie, jak ważne to miejsce w społecznej tkance miasta.

 

Oczywiście w tak zmiennej materii jak futbol „dwa razy dwa” nie zawsze daje cztery, ale trzeba zrobić wszystko, by przynajmniej zminimalizować ryzyko kolejnej pomyłki. Mimo niewątpliwych zasług i dopełnienia dzieła na koniec sezonu, błędnym wyborem okazuje się Klafurić, wcześniej Romeo Jozak, czy jeszcze przed laty Besnik Hasi. Legia, która chce się jawić sponsorom klubu, piłkarzom doń przychodzącym, czy nawet rodzicom młodzieży z akademii jako miejsce stabilne i z wizją na lata, na następne niewypały pozwalać sobie nie może.


Im więcej czytam, że Nawałka w Legii jest pewny, tym większe mam wątpliwości, że tak się stanie. Im szybciej miałaby zostać podjęta ta decyzja, tym większe ryzyko, że w pośpiechu, bez pełnego przygotowania, taka operacja się nie powiedzie. Jest przecież jasne, że w randze byłego selekcjonera, który osiągnął ćwierćfinał mistrzostw Europy, to Nawałka będzie dyktował warunki. Niemałe pod względem finansowym, jak wieść piłkarska niesie, a do tego będzie chciał dokonać na wejściu kolejnej personalnej rewolucji. Jego nominacja teraz to wyrzeknięcie się do końca tzw. opcji chorwackiej. Nie mówię, że to dobra opcja, bo na poziomie pierwszego zespołu się nie sprawdza, ale nie to jest w tym momencie sprawa najistotniejsze. Poza tym wejście Nawałki w dalszych konsekwencjach wywraca ad hoc wszystko to, co zaplanowano na lata poza pierwszą drużyną, włącznie z budową i koncepcją merytoryczną ośrodka akademii w Książenicach.


Nawałka przy Łazienkowskiej oznacza teraz potężny wydatek finansowy, liczne zmiany na kluczowych stanowiskach (co zdyrektorem sportowym Ivanem Kepciją?) i tak naprawdę brak gwarancji, czy będzie to grupa nowych ludzi zdolna całościowo spojrzeć na projekt pod tytułem „Legia”.

 

Legii potrzeba kogoś, kto zostanie wybrany spokojnie, będzie w swojej wizji oswajał się z myślą o pracy w Warszawie, dyskutował swoje koncepcje z władzami klubu zanim wprowadzi je w życie, głęboko zastanowi się, z kim z obecnego staffu może realizować swój plan. Kimś takim mógł być Adrian Gula, z którym negocjowano długo kilka miesięcy temu, ale ostatecznie wybrał słowacką młodzieżówkę. Podejrzewam, bo tego nie wiem, że postawiono na Klafuricia, by kogoś tak starannie wyscoutowanego przyprowadzić w końcu do Legii.

 

Skoro z Klafuriciem nie wypaliło, należy szukać kogoś, kto doraźnie ugasi potężny pożar (czytaj zakwalifikuje się do Ligi Europy) i pogodzi się z rolą „pełniącego obowiązki”.


Wiem, że sport to nie biznes, ale wten sposób działa wiele firm. Pozwala to nie zakłócać bieżącej działalności, zrealizować najpilniejsze projekty, ale jednocześnie wybrać najlepszego z możliwych kandydatów do przejęcia sterów. Kogoś kto będzie prawnym menedżerem, ale i wizjonerem zarazem.


Legia ma takiego człowieka. Oddanego klubowi, z reputacją legendy, z doświadczeniem trenerskim na poziomie reprezentacji oraz ekstraklasy i przede wszystkim z tzw. filmem, czyli perfekcyjną znajomością od podszewki, co dzieje się obecnie w klubie. Ale i dystansem jednocześnie, by wprowadzić rozwiązania niepopularne, a może skuteczne (w tym wypadku taktyczno-personalne). I nie jest to Nawałka…


To Jacek Zieliński, dyrektor akademii, który pewnie nie pali się, by opuszczać stanowisko, na którym czuje się wyśmienicie, ale w chwili trwogi – a niewątpliwie z taką mamy do czynienia - z pewnością nie odmówiłby podjęcia się tej misji.


Potrafię sobie wyobrazić, że Zieliński skutecznie realizuje cel, a następnie wraca na miejsce w akademii, które stało się jego pasją. Potrafię sobie także wyobrazić, że wtedy w roli zarządzającego wchodzi Nawałka. Nie na wariata, a na spokojnie, na warunkach obu stron, nie tylko tych dyktowanych przez trenera. O ile oczywiście wciąż będzie widział go w tej roli właściciel Legii...