Przemysław Iwańczyk: Czy z psychologicznego punktu widzenia publikacja raportu z występu polskiej reprezentacji na Mistrzostwach Świata w Rosji i powracanie do wydarzeń sprzed wielu tygodni ma sens? Teraz kiedy reprezentacja staje w obliczu kilku wyzwań: Liga Narodów UEFA, mecze towarzyskie, a później eliminacje do kolejnych mistrzostw?

 

Dr Dariusz Parzelski: Pisanie raportów i sprawozdań jest obowiązkiem w strukturach sportu. Jest w nich wiele informacji, dzięki którym możemy się rozwinąć, uniknąć pewnych błędów i zwiększyć prawdopodobieństwo osiągnięcia oczekiwanego rezultatu. Być może, jeśli takie raporty powstałyby po poprzednich Mistrzostwach Świata, zaszlibyśmy trochę dalej. Być może, doświadczony przecież sztab szkoleniowy nie wziął pod uwagę poprzednich raportów, które nie były upubliczniane lub nie zostały w ogóle napisane. Nie przypominam sobie zainteresowania mediów podobnym raportem po poprzednich mistrzostwach.

 

Z raportami i selekcjonerami jest trochę jak z kierowcami, którzy rozbijają się boleśnie na tym samym zakręcie i tym samym drzewie. Był to Jerzy Engel, Paweł Janas, Leo Benhacker i Franciszek Smuda. Głównym przekazem płynącym z raportu PZPN, nawet jeśli nie jest on precyzyjny, jest złe przygotowanie drużyny. Jeśli kolejny z rzędu trener źle przygotowuje zespół, to znaczy, że nie wyciąga wniosków po poprzednikach.

 

Mistrzostwa świata to zupełnie odmienna impreza niż mistrzostwa Europy. To nie jest tylko zmiana nazwy i trochę więcej zespołów. Gdybyśmy wyciągnęli wnioski z 2002 roku z Korei i Japonii oraz z 2006 roku z Niemiec, to może skończylibyśmy w Rosji w innym miejscu. Nie twierdzę, że tamte imprezy byłyby kluczem od odniesienia sukcesu w 2018 roku, ale być może w raportach z tamtych lat mogłyby się znaleźć informacje, z których moglibyśmy skorzystać tu i teraz.

 

Proszę zwrócić uwagę, w komentarzach eksperckich dominują te same powody niepowodzenia: złe przygotowanie fizyczne, złe przygotowanie mentalne, błędy popełniane bezpośrednio przed pierwszym meczem, jak np. dwugodzinny trening przed spotkaniem z Senegalem czy baza w Soczi i panująca tam temperatura.

 

Moglibyśmy skończyć podsumowanie Mistrzostw Świata w Rosji jednym zdaniem: impreza przerosła wszystkich. Jeśli po dużej imprezie nie powstaje raport, to każda następna będzie wyważaniem otwartych drzwi. Wszyscy zawodnicy, w tym najlepszy zawodnik Robert Lewandowski, debiutowali na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Kto z nas zdaje sobie z tego sprawę? A my mieliśmy wyobrażenia, że jedziemy do Rosji po medal.

 

Zbigniew Boniek po opublikowaniu raportu powiedział: „w tym raporcie jest bardzo wiele argumentów i wyjaśnień, dlaczego mundial nam nie wyszedł, ale trener, który na nim z nami był skończył z nami współpracować, więc analiza nie ma już żadnego sensu” [TUTAJ]. Te słowa stoją w sprzeczności z Pana tezą. Dostrzega Pan także sprzeczność w samej wypowiedzi prezesa PZPN? Z jednej strony wartościowy raport, z drugiej – nie ma co do niego wracać.

 

Obydwie te perspektywy są prawdziwe. Obecny selekcjoner nie jest ówczesnym selekcjonerem, ma swój pomysł. Ale byłoby dobrze, gdyby miał szansę wykorzystać ten raport za cztery lata przy okazji kolejnych mistrzostw świata. Raport ma mniejsze zastosowanie do najbliższych wyzwań, czyli meczów w Lidze Narodów UEFA i meczów sparingowych. Ale pewne elementy związane z mentalnym funkcjonowaniem zawodników są niezmienne. W tej grupie zawsze będzie funkcjonowało około trzydziestu facetów, którzy mają wysoki poziom testosteronu i dziesięciu czy dwudziestu członków sztabu. Być może Jerzy Brzęczek już wyciągnął wniosek z tego raportu. Od lat zabiegaliśmy o to, aby w sztabie był zatrudniony psycholog, który pracuje nad sferą mentalną zawodników.

 

Proszę wyobrazić sobie, że jest Pan takim doradcą, psychologiem, który pracuje z reprezentacją. Czy odradziłby Pan selekcjonerowi przeprowadzenie przygotowań dokładnie tą samą drogą, którą prowadzone były przygotowania do Mistrzostw Europy 2016? Moje pytanie bierze się z obserwacji pracownika jednego z hoteli, w którym przebywali piłkarze i ich rodziny. Ta osoba miała okazję obserwować drużynę zarówno w 2016, jak i 2018 roku. Warunki były identyczne. Przed Mistrzostwami Europy we Francji cała ta grupa – piłkarze, ich żony i rodziny – była ciekawa sama siebie. Według mojego rozmówcy, na relację którego się powołuję, przed wyjazdem do Rosji czuć było rywalizację na każdym kroku. I to nie między piłkarzami, ale między żonami. Być może jest to błahy powód, ale mógł być początkiem pewnych napięć, które zaszkodziły grupie i przygotowaniu sportowemu.

 

Jesteśmy mądrzy po szkodzie…

 

Ale przyzna Pan, że nawet gdybyśmy byli mądrzy przed szkodą, to gdyby przyszedł Pan z taką obserwacją do selekcjonera, zostałby Pan obśmiany.

 

I tak i nie. Jeśli byłbym członkiem sztabu szkoleniowego, widziałbym, że coś takiego się dzieje, miałbym argumenty i potrafiłbym przekonać selekcjonera, to na pewno bym to zrobił. Dzisiaj łatwo jest mówić, że było inaczej. Ze względu na to, że mamy nieduże doświadczenie w udziale w tego typu imprezach,  te wszystkie informacje są tak cenne. Do każdych zawodów trzeba się specyficznie przygotowywać. To może być to samo przygotowanie, jeśli jest wynikiem przemyśleń i świadomym wyborem, za który bierzemy odpowiedzialność. Nie dlatego, że kiedyś przyniosło nam sukces, tylko dlatego, że w tych warunkach jest najlepsze. Jeśli jedynym argumentem jest: „wcześniej zadziało, więc teraz zadziała”, to byłbym pierwszym, który powiedziałbym: „zróbmy coś z tym”.

 

Czyli jest Pan zwolennikiem słów Wisławy Szymborskiej „nic dwa razy się nie zdarza”?

 

Nie, jestem zwolennikiem świadomego podejmowania decyzji.

 

Czy i jak atmosfera związana z raportem może wpłynąć na pracę Jerzego Brzęczka? Czy z psychologicznego punktu widzenia dobrze się stało, że publikacja raportu zbiegła się praktycznie z debiutem nowego selekcjonera, który razem z kapitanem drużyny mówi o czymś w rodzaju nowego otwarcia?

 

Nie ma dobrego terminu dla publikacji raportu z nieudanych mistrzostw. Zawsze byłoby przed jakimś meczem lub po jakimś meczu. Zachęcałbym wszystkie media, aby zajęły się raportem, ale bez łączenia go z osobą Jerzego Brzęczka. Tak, aby w reprezentacji nie podejmowano decyzji, które były błędne, zanim zostały podjęte.

 

Co ma Pan na myśli?

 

Pierwsza informacja, która wzbudziła mój niepokój, pojawiła się po przylocie do Soczi. Mówiła o tym, że pierwszy trening został przesunięty o godzinę ze względu na wysoką temperaturę.  Moja myśl była taka: kto wybierał Soczi? Przecież wiadomo, jakie w tym czasie, o tej porze roku i godzinie, panują tam temperatury. Przecież rekonesans jest standardem w sportach olimpijskim. Ktoś albo się nie dowiedział albo uznał, że taka temperatura jest odpowiednia. Nie mówilibyśmy o tym, gdyby pierwszy mecz był wygrany lub zagrany dobrze.

 

Pozostańmy zatem przy raporcie. Jeden z wniosków, który wyszedł spod pióra Adama Nawałki, był taki oto, że pierwszy trening przed meczem z Senegalem był zbyt obciążający, rozciągnięty czasowo, doszła do tego wspomniana przez Pana temperatura. Wiem z pewnych źródeł, że to samo zrobił Franciszek Smuda przed Euro 2012 oraz Jerzy Engel przed Koreą i Japonią. Widzę w tym syndrom ucznia, który dwie noce przed maturą próbuje przygotować się do niej i jest przekonany, że jeśli poświęci te dwie noce na naukę, to zda egzamin.

 

Za bardzo chcemy... Wejdźmy w buty trenera, który musi spełnić oczekiwania blisko czterdziestomilionowego kraju. Pamięta Pan, ile osób przyszło na ostatni sparing przed wyjazdem z Arłamowa? Parę tysięcy osób. Piłkarze nie mogli dostać się do hotelu. Być może ma to wpływ na decyzje, w tym tę o kolejnym treningu. Podobnie było z Euro 2012. To była nasza impreza, tam też były wielkie oczekiwania. Pamiętajmy, że sztab szkoleniowy i zawodnicy nie funkcjonują w próżni. Dobrze, że tak dużo mówimy o tym raporcie, bo być może zapamiętamy, że ostatni trening powinien być lekkim treningiem. I to nie dotyczy tylko piłkarzy.

 

Powiedział Pan o oczekiwaniach i debiucie piłkarzy na MŚ w Rosji. Mam wrażenie, że nikt nie wytłumaczył nam – dziennikarzom, kibicom – że nasz piłkarski potencjał jest mocno ograniczony. Musi zaistnieć splot wielu korzystnych okoliczności, czyli piłkarzy w najlepszej formie, szczęścia, niedyspozycji przeciwnika, trafione przygotowania, aby dało to względnie dobry wynik. Mimo potencjału społecznego, jest nas przecież prawie czterdzieści milionów, potęgą piłkarską nie jesteśmy, ponieważ nie mamy systemu szkoleniowego. Podobnie jak dziełem przypadku jest Robert Lewandowski.

 

Zgodzę się z tym ostatnim. System sportu w Polsce nie jest do końca wydolny. Jest takie zdanie „szczęście nie jest strategią”. Nie możemy budować na szczęściu strategii na kolejną imprezę. Mamy wyciągać wnioski z różnych imprez, aby budować system przygotowań. To pozwoli nam w każdych kolejnych przygotowaniach popełniać mniej błędów. Wszyscy je popełniamy, ale wygrywa ten, kto popełni ich najmniej. Mistrzowie świata też popełnili błędy przed Mistrzostwami Świata w Rosji. Katastrofa wydarzyła się u Hiszpanów, gdzie trener wyleciał z kadry kilka dni przed imprezą. Podsumowując udział polskiej reprezentacji powinniśmy używać adekwatnych słów. Katastrofa nie jest najlepszym. Zebraliśmy frycowe za to, że jesteśmy rzadkim uczestnikiem finałów mistrzostw świata. Takie występy są jednak niezbędne, aby osiągnąć sukces w przyszłości.