Jako wieloletni mieszkaniec stolicy Górnego Śląska, wcześniejszy bywalec obiektu w dzielnicy Dąb, pamiętający piękne europejskie czasy tego klubu, mam wrażenie, że jego dawny charakter poszedł w niepamięć. Era Jana Furtoka, Marka Koniarka czy Piotra Piekarczyka zawsze kojarzyć mi się będzie z wygraną rywalizacją z Girondins Bordeaux z Zinedinem Zidanem czy Christophem Dugarrym w składzie czy meczami z Benfiką Lizbona i Bayerem Leverkusen. Owszem, czasy bogatego górnictwa i władzy Mariana Dziurowicza już nie wrócą. Ale, na Boga, ten klub nie może tułać się w ogonie Fortuna 1.Ligi!

 

W Katowicach od dłuższego czasu za sterami siedzą ludzie związani z Wielkopolską. Po ubiegłorocznym rozstaniu się z trenerem „na lata” i „specjalistą od awansów” Piotrem Mandryszem zdecydowano się na wariant „grudziądzki” z Jackiem Paszulewiczem. Postawiono więc na człowieka, który także ze względu na możliwości finansowe i odpływ najlepszych piłkarzy musiał rozstać się z Olimpią, bo jesienią 2017 roku zespół był w strefie spadkowej. Wraz z jego zatrudnieniem pracę stracił „Ostatni Mohikanin”, opiekun bramkarzy Janusz Jojko. Kolejna legenda „GieKSy” nie była już potrzebna na Bukowej.

 

Wiosną nie wywalczono – jak zwykle – awansu do Ekstraklasy, o którym od kilkunastu lat mówi się przed każdym nowym sezonem. Paszulewicz wraz z dyrektorem sportowym Tadeuszem Bartnikiem zaczęli budować nową drużynę. A że nie zaczęło się za dobrze, zaczęto wspomagać się ludźmi, którzy prochu już nie wymyślą – Bartoszem Śpiączką – albo są na końcowych metrach swojej kariery – Jakubem Wawrzyniakiem. Wcześniej zaopatrzono się w Grzegorza Piesio i Arkadiusza Woźniaka, którzy o grze w Ekstraklasie musieli (na razie?) zapomnieć. Zaliczający dobry start utalentowany Daniel Rumin, na którego fajnie stawiano i za którego za jakiś czas można byłoby sprzedać za dobre pieniądze został zesłany na ławkę. Wynik jest najważniejszy. Ale go nie ma. Człowiek, który miał tworzyć „GieKSę” po swojemu w połowie września ma już wolne. A nowy szkoleniowiec będzie musiał budować swoją koncepcję w oparciu o klocki poprzednika, które wcale nie muszą pasować do jego układanki. Więc w zimie, a jak, kupujemy nowe. Przecież nie za swoje, a miejskie pieniądze.

 

Kto będzie nowym trenerem? Jak zawsze na tej liście pojawia się Maciej Bartoszek, ale on według mojej wizji nie jest ze Śląska. Na trybunach widziano byłego współpracownika Adama Nawałki Roberta Góralczyka, którego bardzo szanuję za wiedzę i zdolności analityczne, ale szatnia „Gieksy” to nie jest dla niego w mojej opinii w tej chwili odpowiednie miejsce. Ktoś powie zatem, jak jesteś taki mądry, to daj jakąś propozycję.

 

Proszę. Mirosław Smyła. Z beniaminkiem Odrą Opole na koniec ubiegłego roku był wiceliderem. Owszem, wiosną zespołowi nie szło już dokumentnie, ale trener został w pewnym sensie ofiarą wcześniejszego własnego sukcesu. Poza tym, nie dostał czasu. Jak większość trenerów w tym kraju. Dominik Nowak czy Dariusz Dudek jeszcze w pierwszej lidze otrzymali prolongatę umów. Efekt? Miedź Legnica i Zagłębie Sosnowiec są w Ekstraklasie. Czy nie warto iść tą drogą? I jeszcze jedno. Czy Nowak nie ma mocnych związków z Dolnym Śląskiem, a „Dudi” z województwem śląskim, choć pracuje co prawda po drugiej stronie Brynicy? Smyła ma dobry warsztat, pracował rzetelnie w miejscach gdzie wówczas się nie przelewało (Rozwój, Tychy, Sosnowiec), nie jest szkoleniowcem wchodzącym w jakiekolwiek układy i nie będzie pchał do zespołu „swoich” piłkarzy. I na koniec żartobliwie: mówi świetnie gwarą. Tylko… z kim teraz w ten sposób się porozumieć na Bukowej?