Polska Agencja Prasowa: Przejechał pan na rowerze trasę niedzielnego wyścigu elity mężczyzn. Jak ją pan scharakteryzuje?

 

Bartosz Huzarski: Kolarze startują z Kufstein. Na początku mają płaski odcinek dojazdowy do rundy wokół Innsbrucku, a po drodze pięciokilometrowy podjazd pod Gnadenwald, który widzieliśmy podczas jazdy indywidualnej na czas. Tak naprawdę wyścig rozpocznie się dopiero na rundach. Cały dystans to 258,5 km oraz 4670 metrów przewyższenia. Odejmując dojazd do rundy, prawie całe przewyższenie zrobią na niecałych 200 kilometrach. Na każdej z sześciu pierwszych rund (po 23,8 km – PAP) jest konkretna alpejska górka. Ok - to nie jest 20 kilometrów, ale naprawdę będzie wchodzić w nogi. Podjazd szybki i do końca nie wiadomo, jakie wybrać przełożenie. Esencją wyścigu będzie ostatnia, dodatkowa runda, 31 kilometrów ze słynnym podjazdem Hoell, czyli „Piekło”.

 

Czy rzeczywiście zasługuje na tę nazwę?

 

B.H.: Przejechałem go dwa razy i nie wybieram się więcej. Niesamowicie trudny. Na najbardziej sztywnym odcinku, mającym 450, może 500 metrów, kąt nachylenia dochodzi do 28 procent. Jechałem tam 5 do 7 km/h. W „Piekle” wszystko może się wydarzyć. Zderzenie z taką ścianą po przejechaniu 250 kilometrów będzie bolesne. Ze szczytu pozostanie osiem kilometrów, częściowo szybkiego zjazdu po szerokiej drodze oraz dwa kilometry płaskiego do mety.

 

W „Piekle” rozegra się wyścig?

 

Być może tak. Na tym podjeździe będą się liczyć górale, którzy po wyścigu Vuelta a Espana mają świetne nogi, tacy jak Simon Yates czy Enric Mas, albo kolarze perfekcyjnie przygotowani specjalnie na mistrzostwa świata, jak Gianni Moscon czy Julian Alaphilippe. Ale pewnie będzie grupa zawodników, która postara się rozegrać wyścig wcześniej i dojechać do „Piekła” z pewną przewagą. Michał Kwiatkowski powinien szukać swojej szansy właśnie w takiej grupie. Jeśli będzie ona mieć 15-20 sekund przewagi, to jest nadzieja, że nawet jeśli górale dościgną ich na szczycie, to Michał na finiszu ma szansę sobie poradzić. A jak będzie, trudno przewidzieć. Zawodnicy sami napiszą scenariusz.

 

Czy ta góra wymaga zastosowania specjalnych przełożeń?

 

Zdecydowanie tak. Na przełożeniu 39-28 nie da się na nią wjechać. I teraz jest dylemat: albo zawodnicy od początku będą jechali z przełożeniem na ten ostatni podjazd, albo zmienią rowery, na przykład na dwie-trzy rundy przed finiszem. W pierwszym przypadku będą tracić energię na wszystkich poprzednich podjazdach. Inne przełożenie bardzo by się przydało zarówno dla komfortu jazdy, jak i pod względem wagowym oraz aerodynamiki. Zmiana na rower lżejszy, z przełożeniem 34-28, sprawi, że zawodnik w fajnej kadencji wjedzie na Hoell.

 

Doradziłby pan zmianę roweru?

 

Poddaję pod dyskusję taką możliwość. Zmiana roweru wymaga dobrego zaplanowania. Trzeba go zdjąć z dachu samochodu i podać zawodnikowi w odpowiednim momencie w trakcie jazdy. Nie traci się dużo czasu, ani siły, ale trzeba to zrobić po 150-180 kilometrach. Potem może być zbyt wysokie tempo ze względu na próby zgubienia górali przez inne ekipy i taki manewr może już być niemożliwy.

 

Dodatkowym utrudnieniem przy zmianie roweru będzie brak łączności radiowej między zawodnikami a szefami ekip…

 

Oczywiście może to wpłynąć na opóźnienie w podejmowaniu decyzji. Ważne, żeby reprezentacja Polski trzymała się razem. To zawodnicy czują wyścig, a nie ktoś, kto jedzie w samochodzie. Radio mogłoby tylko przyspieszać podejmowanie czy konsultowanie decyzji. Jako zawodnik, wielokrotnie zmieniałem rower, gdy była przede mną ciężka góra. Czy teraz bym się na to zdecydował? Nie wiem. Wydaje mi się, że bym taką opcję rozważył.

 

Organizatorzy zapowiadają, że w „Piekle” nie będzie kibiców, tylko miejscowe diabły – Krampusy, pokryte futrem stwory z przerażającymi maskami. Mają wyskakiwać zza drzew.

 

A to ciekawe. Ale decyzję organizatorów pochwalam, sam bym kibiców nie wpuścił. Droga do „Piekła” jest bardzo wąska, na jeden samochód. Kolarze będą mieli problem, by się tam wyprzedzać. Wszyscy boją się tego „Piekła”. I mają rację.