Faworytem był 32-letni Japończyk. Złotego medalistę olimpijskiego z Londynu przymierzano już był do walki z Giennadijem Gołowkinem w Tokio, ale po porażce z Brantem chyba te plany trzeba skorygować. Amerykanin odebrał mu bowiem pas regularny organizacji WBA, co niewątpliwie obniży wartość rynkową Muraty. 

 

Punktacja sędziów nie pozostawiała żadnych wątpliwości, kto był lepszy (118:110 i 2 x 119:109), choć w moim odczuciu jest zawyżona. Przewaga Branta nie była tak duża, jak sugeruje ten werdykt. Ale nie zmienia faktu, że jego wygrana jest jak najbardziej zasłużona. Murata walczył w swoim stylu. Od początku szukał wygranej przed czasem, wywierał presję i starał się złamać rywala. Ten jednak okazał się lepszy niż sądzono.

 

Jeśli ktoś oceniał jego możliwości po przegranej z Juergenem Brahmerem w pierwszej edycji turnieju World Boxing Super Series miał prawo do zaniżonej oceny 28-letniego pięściarza z Minnesoty. Warto jednak pamiętać, że Brant walczył z doświadczonym Niemcem w Schwerinie w kategorii superśredniej, a Braehmer to były mistrz świata wagi półciężkiej. Do tego bardzo trudny do boksowania mańkut.

 

Murata jest zdecydowanie mniej skomplikowany. Szuka nokautu, pozwala się trafiać i od pierwszego gongu jest przekonany, że wcześniej czy później dopadnie przeciwnika. A jeśli przy tym myślał już o walce z Gołowkinem za wielkie pieniądze, to sam sobie jest winien. To był błąd i jego ludzi, którzy o tym głośno mówili.

 

Rob Brant był do tej potyczki znakomicie przygotowany. Miał najlepszy, ośmiotygodniowy obóz w karierze, pod okiem nowego trenera, Ediego Mustafy Muhammada, byłego mistrza świata wagi półciężkiej. Przygotowywał się w Las Vegas, tu chciał kiedyś wygrać ważną walkę i zdobyć tytuł. Marzenie się spełniło, ma pas WBA. Superczempionem tej organizacji jest Saul Alvarez, który tytuł ten odebrał Gołowkinowi. a ostatnio podpisał pięcioletni kontrakt z platformą DAZN za 365 mln dolarów.

 

Takie sumy działają na wyobraźnię innych pięściarzy. Nie wiem, być może podziałały też na Muratę, który nie miał chyba najlepszego dnia w walce z Brantem. Inna sprawa, że Amerykanin rozegrał ten pojedynek znakomicie pod względem taktycznym. Nie dał się zdominować w pierwszej fazie walki, był szybszy od Japończyka, dbał o własne bezpieczeństwo i skutecznie przechodził z obrony do ataków.

 

Nie ukrywam, że stawiałem na Muratę, ale ostrzegałem, by nie lekceważyć Branta. Mistrz olimpijski z Londynu w styczniu skończy 33 lata, i młodszy już nie będzie. Ale myślę, że dostanie jeszcze mistrzowskie szanse. Potencja biznesowy Japończyka, mimo porażki z Brantem, specjalnie nie ucierpi. W Kraju Kwitnącej Wiśni dalej jest bohaterem, zdobył przecież dla Japonii pierwszy złoty medal w boksie od 1964 roku. Takich rzeczy tam się nie zapomina.

 

A co Brantem? Trudno powiedzieć, chłopak umie boksować, ale musi swoje mistrzowskie aspiracje potwierdzić w innych pojedynkach. Gala w Las Vegas mogła się podobać. Rosjanin Maksym Dadaszew pokonał byłego mistrza świata, Antonio De Marco i ma pas NABF w wadze superlekkiej. Wygrywali też olimpijczycy z Rio de Janeiro, Irlandczyk Michael Conlan, Rosjanin Władimir Nikityn oraz srebrny medalista igrzysk w Londynie, Esquiva Falcao. Sześć lat temu Brazylijczyk przegrał olimpijski finał kategorii średniej jednym punktem z Muratą. Być może czas na rewanż?