Jerzy Mielewski: Powiedz, dlaczego jesteś ekspertem i komentatorem, a nie kontynuujesz pracy trenera?

 

Ireneusz Mazur: To był mój wybór. Zadecydowałem, że nie chcę ścigać się w tym wyścigu szczurów. Dla trenera to permanentna walka o przetrwanie. To zarwane noce. Masz tak, że budzisz się w środku nocy, chodzisz dwie godziny i nie wiesz, dlaczego to robisz. Odbija się to na rodzinie i ludziach wokół, a w końcowym rozrachunku na drużynie. To ogromna presja, która cię dotyka. Jeśli jesteś permanentnie pod presją to w pewnym momencie albo życie rodzinne, albo popadanie w jakiś rodzaj wynaturzeń, typu alkoholizm i inne, gorsze rzeczy. To bardzo trudny proces dla wrażliwego człowieka. W rzeczywistości to bardzo delikatna materia, którą można szybko i łatwo rozbić.

 

Nie zachęcasz młodych ludzi, którzy kochają siatkówkę, żeby pójść w ten zawód.

 

On zawsze był potrójnie trudny. Byłeś krytykowany za to, że jesteś Polakiem, a powinien być trener zagraniczny, za to, że powinieneś osiągnąć wynik, nazywasz się Mazur, czy inny Kowalski. Iksiński mógł przegrać, a ty nie. To wszystko bierzemy do siebie. Ktoś, kto stoi z boku może powiedzieć "po co tak to odbierasz? Przecież to normalne. Prześpij się, napij, porozmawiaj z żoną". Ty nie jesteś w stanie tego zrobić. Nic ci nie pomaga. Siedzi w tobie demon, który rozsadza cię od środka. Jak wygrasz, to jest cudownie, a jak przegrasz, to jesteś upodlony i obwiniany o wszystko.

 

Pamiętasz, jak odbieraliśmy cię, kiedy byłeś trenerem? Zamknięty w sobie psychopata skoncentrowany na pracy i wyniku. Nie znając cię mieliśmy bardzo złe odczucia. Uważaliśmy cię za pożeracza energii.

 

Ja byłem dawcą energii. Kiedyś poddałem się akcji na sprawdzenie, kto jest wampirem energetycznym, a kto jest jej dawcą. Wyszło, że mam wokół siebie kilku wampirów. To mnie wyczerpywało. Czułem się, jak oblężona twierdza.

 

Jaki był najtrudniejszy moment w twojej trenerskiej karierze?

 

Był turniej kwalifikacyjny do igrzysk olimpijskich w Katowicach, gdzie po przegranym meczu z brązowymi medalistami mistrzostw Europy z Bułgarii przyszła do mnie ekipa od sponsora i powiedziała, że wycofuje swoje wsparcie i nie widzi możliwości, by ta reprezentacja wygrała. Ogłoszono mi to w trakcie przygotowań przed ważnym meczem z Holandią. Poczułem się, jak wyrzucony z okrętu zostawiony samotnie. Jak to usłyszałem, to wokół mnie zostało dwóch czy trzech współpracowników, a reszta szybciutko rozeszła się do znajomych. Poczułem, że to moment, w którym mogę utonąć. Powiedziałem jednak, że zostanę z tą drużyną. Po tym, jak wygraliśmy z Holandią ci, którzy wcześniej przekazali mi złe informacje przytulali mnie i jakoś musiałem to przeżyć. Wtedy nie wytrzymałem i przy dziesięciu tysiącach ludzi na sali uroniłem łzy.

 

Cała rozmowa z Ireneuszem Mazurem w "Prawdzie Siatki" w załączonym matriale wideo.