Osiem najlepszych badmintonistek, ośmiu najlepszych singlistów, tyleż debli męskich i żeńskich, oraz mikstów jest już w Chinach. Cały sezon walczyli o punkty, by móc zagrać w Kantonie, w turnieju wieńczącym tegoroczną rywalizację z cyklu World Tour.


Morten Frost, legendarny Duńczyk, kiedyś wielki zawodnik, później trener, dziś komentator telewizyjny, obiecując sobie i innym wielkie emocje, zaznacza jednak, że widzi zdecydowanych faworytów tego turnieju.


W grach pojedynczych są to Tajwanka Tai Tzu Ying i Japończyk Kento Momota. W deblu męskim stawia, co nie jest zaskoczeniem, na rewelacyjnie grających w tym sezonie Indonezyjczyków, Marcusa Fernaldi Gideona i Kevina Sanjayę Sukamuljo, a w żeńskim na mistrzynie olimpijskie Misaki Matsutomo i Ayakę Takahashi, choć ubolewa, że zabraknie w tej rywalizacji innych Japonek, Sayaki Hiroty i Yuki Fukushimy, które są nr 1 światowego rankingu. Ale był jeszcze jeden ranking: „Droga do Kantonu”, w którym na ostatniej prostej ten znakomity debel został wyprzedzony przez swoje rodaczki. A że inna japońska para, Mayu Matsumoto, Wakana Nagahara, start miały zapewniony z urzędu jako aktualne mistrzynie świata, to Hirota i Fukushima obejrzą turniej w telewizji.


W mikście typowanie zwycięzcy, nie tylko zdaniem Mortena Frosta, wydaje się być najprostsze. Zhang Siwei i Huang Yagiong wygrali w tym roku wszystko co było do wygrania: mistrzostwa świata w Nankinie, Igrzyska Azjatyckie w Dżakarcie, do tego osiem turniejów World Touru. Chiński mikst z wielką przewagą nad rywalami lideruje rankingowi BWF (światowej federacji) i tego nazywanego „Drogą do Kantonu”.


Tak naprawdę w tym trzecim co do wielkości chińskim mieście brakować będzie tylko jednej gwiazdy, Hiszpanki Caroliny Marin. Trzykrotna mistrzyni świata, złota medalistka igrzysk w Rio de Janeiro doznała kontuzji i zwolniła miejsce w turnieju (podobnie jak brązowa medalistka MŚ w Nankinie, Chinka He Bingjiao) tym, które były tuż za czołową ósemką: Amerykance Beiwen Zheng oraz Kanadyjce Michele Li.


W Kantonie dokonano już losowania. W każdej z gier są dwie grupy, każdy gra z każdym, a do półfinałów awansują ci, którzy zajmą dwa pierwsze miejsca. W półfinałach oczywiście przegrywający odpada.
Do klasycznej „grupy śmierci” trafili chińscy mistrzowie świata w deblu, Li Junhui z Liu Yuchenem. Chińskie wieże (obaj mierzą prawie po dwa metry) trafili na faworytów, Gideona i Sukamuljo, swoich młodych, świetnych rodaków, Chengkai Hana i Zhou Haodonga, oraz zwycięzców China Open, Duńczyków Kima Astrupa i Andersa Skaarupa Rasmussena. I jeśli odpadną, to nie będzie żadna sensacja.


W męskim singlu, w grupie A , też zapowiada się wyjątkowo zacięta rywalizacja. Każdy z czwórki (Tajwańczyk Chou Tien Chen, Chińczyk Shi Yuqi, Koreańczyk Son Wan Ho czy Indonezyjczyk Anthony Sinisuka Ginting) może awansować. Ja stawiam na tego pierwszego i ostatniego, choć Shi Yuqi, to przecież aktualny wicemistrz świata. W Nankinie przegrał tylko z Momotą.


U pań też mocniejsza jest grupa A, tu ktoś ze znakomitej trójki: Tai Tzu Ying, Japonka Akane Yamaguchi i Hinduska Pusarla Sindhu, musi odpaść.


Ale i tak, bez względu na ostateczne wyniki, wygra badminton. Takiego turnieju nie było jeszcze w Polsce okazji obejrzeć. Tym razem będzie pokazywany na antenach Polsatu.


Pierwsze mecze w Kantonie już w środę, a od piątku transmisje na sportowych antenach Polsatu.