W ostatnich pięciu występach przeciwko Warriors, Lillard miał średnio 31 pkt, do tego skuteczność na poziomie 42,4 proc. z gry i 38,8 proc. "trójek". Tym razem spisywał się słabiej, trafił tylko siedem z 20 rzutów, w tym celne były trzy z ośmiu prób za trzy punkty.

 

"Pochodzę z tego miasta, więc kiedy przyjeżdżam do Oakland, chcę jak najlepiej się zaprezentować. Mam tutaj rodzinę i przyjaciół, którzy przychodzą na trybuny oglądać mnie w akcji" - stwierdził Lillard, który nie zawiódł jednak w najważniejszym momencie i rzucił "trójkę" z rogu boiska tuż przed zakończeniem potyczki.

 

Łącznie 28-letni zawodnik uzyskał 21 pkt. W ekipie Trail Blazers skuteczniejsi byli Jusuf Nurkic 27 pkt i 12 zbiórek oraz CJ McCollum 24, zaś wśród pokonanych wyróżnili się Stephen Curry - 29 i Kevin Durant - 26 pkt, 11 asyst, 10 zbiórek. Ostatni z wymienionych mógł odwrócić losy meczu w Oracle Arena, ale równo z syreną kończącą dogrywkę nie trafił do kosza.

 

"Potrzebowaliśmy tego zwycięstwa i to było wielkie spotkanie dla nas" - podkreślił Lillard.

 

W spotkaniu Houston Rockets z Boston Celtics (127:113) świetnie zagrał słynny brodacz z ekipy "Rakiet" James Harden, który zapisał na koncie 45 punktów. Aż 18-krotnie rzucał zza linii trzech punktów - połowa była udana. Łącznie koszykarze Rockets trafili 18 "trójek".

 

W zespole gospodarzy kroku Hardenowi starał się dotrzymać Clint Capela - 24 pkt oraz 18 zbiórek.

 

Emocji nie zabrakło w Sacramento, gdzie miejscowi Kings wygrali z Los Angeles Lakers 117:116. W ostatniej sekundzie "trójką" na wagę sukcesu popisał się Bogdan Bogdanovic; w ostatniej kwarcie "Królowie" triumfowali 33:21.

 

"Jeziorowcom", w składzie bez kontuzjowanego LeBrona Jamesa, z kolei nie pomogła dobra gra Kuzmy, zdobywcy 33 punktów; ponadto zebrał z tablic dziewięć piłek. Na niecałe siedem minut przed końcem rywalizacji Lakers prowadzili 104:89.