Konrad Wrzesiński z Zagłębia Sosnowiec do Kajrata Ałmaty, Damian Szymański z Wisły Płock do Achmata Grozny, Przemysław Frankowski z Jagiellonii do Chicago Fire, Karol Świderski z Jagiellonii do PAOK Saloniki, Sebastian Walukiewicz z Pogoni Szczecin do Cagliari. Okno transferowe jeszcze snie zostało zamknięte, być może jeszcze tej zimy wyjadą następni młodzi Polacy. Jeśli nie, to najpewniej odejdą latem: Szymon Żurkowski, Rafał i Łukasz Wolsztyńscy z Górnika Zabrze, Sebastian Szymański z Legii, Robert Gumny z Lecha Poznań itd.

 

Można się zżymać na kierunki świata i ligi do jakich trafiają nasi zawodnicy. Słusznie zauważać, że Kazachstan, Grecja czy USA to nie jest centrum światowej piłki. Bolesna dla nas prawda jest jednak taka, że dla piłkarzy są to po prostu bardziej atrakcyjne miejsca pracy niż nasza Ekstraklasa. Mogą oni tam zyskać i finansowo, i sportowo. Nie ma co się na taki stan rzeczy obrażać, tylko wypada przyjąć do wiadomości. Polska piłka ligowa jest na dnie. Teraz trzeba jednak znaleźć sposób, aby od tego dna się odbić. Nie ma co się oszukiwać, szejkowie, oligarchowie czy miliarderzy z Chin raczej u nas nie zainwestują. Gdyby mieli to zrobić, pewnie wpadliby ze swoimi pieniędzmi zaraz po Euro 2012, kiedy powstały nowe stadiony i koniunktura była maksymalnie nakręcona. Polscy biznesmeni też się nie kwapią, z różnych powodów, aby inwestować w piłkę. Wręcz przeciwnie, można stworzyć całą listę krezusów, którzy już wycofali (pośród pierwszej setki najbogatszych Polaków w Ekstraklasie znajdziemy tylko właścicieli Lecha Poznań i Cracovii). Dlatego trzeba znaleźć na tę ligę sposób. Ona musi mieć charakter, być jakaś...

 

Obecny model, w którym wyprzedajemy najlepszych rodzimy graczy, a bierzemy w ich zamian przeciętniaków przed trzydziestką ze Słowacji, Bałkanów czy Hiszpanii to ślepa uliczka. Kiszenie się we własnym sosie, żadnego rozwoju, a jedynie konsumpcja tego co jakimś cudem udało się uzyskać za tak marny produkt ze sprzedaży praw telewizyjnych. Liga jest coraz gorsza jakościowo, nie dajemy rady konkurencji nawet z Luksemburga, z roku na rok wyniki na arenie międzynarodowej (a tylko one są wyznacznikiem miejsca w Europie) są coraz słabsze.

 

Śmiałe postawienie na szkolenie i korzystanie z dużej liczby młodych graczy po jakimś czasie mogłoby taki stan rzeczy zmienić. Nawet kosztem tego, że na moment absolutnie pogodzimy się z tym, że nas w Europie praktycznie nie ma (i tak polskie kluby odpadają z rozgrywek pucharowych zazwyczaj latem), nawet jeśli będzie oczywiste, że młodzież dostaje swoje szanse na wyrost, może nawet będzie nieco przepłacona. Ale chyba lepiej przepłacać tych, z których będzie się mieć później jakieś korzyści, niż dawać zarobić emerytom typu Eduardo w Legii. Wymarzony byłby dla nas model holenderski, gdzie w klubach gra po kilku bardziej doświadczonych graczy, także zagranicznych, młodzież plus często wracające na stare śmieci dawne gwiazdy, aby jeszcze bardziej budować tożsamość klubów, więź z kibicami. Młodzi są kreowani w liczbach wręcz hurtowych, a najlepsze w tej kwestii kluby zarabiają na transferach nawet po 100 mln rocznie.

 

Przykład Krzysztofa Piątka, który jeszcze pół roku temu był zawodnikiem przeciętnej Cracovii, odszedł do Geniu za 4 mln euro, a teraz zamienia ją na Milan za 35 mln to nie jest żaden wyjątek, tylko rzeczywisty przykład na to jakim majątkiem dysponujemy, jaki jest potencjał naszych graczy. Przecież Piątek kilka miesięcy wcześniej nie był wart mniej niż obecnie, a nawet jeśli to nieznacznie. Nie jest tak, że właśnie teraz nauczył się grać w piłkę i strzelać gole. Cesare Prandellli, jeden z najbardziej uznanych włoskich trenerów, powiedział, że nigdy wcześniej nie pracował z bardziej kompletnym napastnikiem. Nie ma takiej możliwości, aby Polak zyskał wszystkie swoje atuty dopiero w czasie krótkiego pobytu we Włoszech. Mówił zresztą swego czasu o tym publicznie trener Michał Probierz, wymieniając kwotę 30 mln euro za swojego napastnika. Te pieniądze mogły i właściwie powinny znaleźć się w Krakowie, a nie w Genui. Tyle, że jak za jakiegokolwiek zawodnika w Polsce zagraniczny klub wykłada półtora, dwa, trzy czy tym bardziej cztery miliony euro to właściwie jest do wzięcia od ręki. To przecież kwota połowy rocznego budżetu, a czasem nawet więcej. Trzeba brać i nie pytać.

 

Dlatego moment, w którym jakiś polski klub wytrzyma napięcie, będzie się szanować, wyczeka, nie sprzeda swojego asa za kilka, ale za kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt milionów euro, będzie przełomem. I być może zmieni naszą ligę. A na razie możemy lizać takie kwoty przez szybkę telewizora i cieszyć się, że chłopak, który w zeszłym sezonie biegał w naszej przaśnej lidze dał zarobić włoskiemu przeciętniakowi kolosalne pieniądze. I chyba jednak pluć sobie w brodę.