Przemysław Iwańczyk: Od jak dawna pracuje pan z Yaredem?

 

Janusz Wąsowski: Od grudnia 2011 roku. To był czysty przypadek - byłem wówczas na treningu na Skrze z dwójką moich zawodników i był tam też Yared. Powiedział mi wtedy, że jest w ciężkiej sytuacji materialnej, nie ma z czego żyć i będzie musiał jechać do Anglii, żeby zarobić jakiekolwiek pieniądze. Zrobiło mi się go szkoda i zdecydowaliśmy z Jackiem Podobą, że warto mu pomóc. Dzięki Jackowi kariera Yareda nabrała tempa, znaleźli się sponsorzy, a jedynym warunkiem Jacka było to, bym to ja go trenował.

 

Wyjazd do Anglii nie był jedynym zakrętem w karierze Yareda... Teraz również wraca do formy po ciężkiej kontuzji.

 

Yaredowi w Londynie pomogli Polacy, a gdy wrócił, to wznowiliśmy treningi i ich efektem było wygranie kilku maratonów, a później srebrny medal na lekkoatletycznych mistrzostwach Europy w Zurychu. Parę razy miał też wielkiego pecha, między innymi w przypadku igrzysk olimpijskich w Rio, gdzie z powodu opóźnionych lotów dotarł na kilka godzin przed samym biegiem i modliłem się, żeby w ogóle ukończył ten bieg... Apogeum były mistrzostwa Europy w Berlinie, z których wrócił na wózku inwalidzkim i pytał mnie: kiedy się to wreszcie skończy?

 

Jak bardzo odczuwacie zmianę zainteresowania Yaredem? Dotychczas był w ogniu uwagi praktycznie wszystkich ludzi interesujących się lekkoatletyką, a teraz się to skończyło.

 

Fakt, że nie rozgłaszaliśmy tego, w jakiej sytuacji materialnej się znalazł. Większość osób kojarzy tylko, że jest kontuzjowany, ale ludzie nie są świadomi, że praktycznie nie ma on teraz środków do życia. Nie jestem osobą, która chodziłaby i żebrała. Tak samo Yared... Doszło jednak do takiej sytuacji, że został praktycznie bez niczego.

 

Yared wspominał, że najtrudniejszym okresem były dla niego Święta Bożego Narodzenia...

 

Teraz się wzruszę... Zadzwonił do mnie i powiedział: trener, nie mam nic... Pomogłem mu i jakoś to przetrwał. Na szczęście odżył biegowo i cały czas wierzę, że będzie dobrze.

 

Pan go nie zostawi?

 

Nie... Po prostu nie mogę, bo mam taki charakter... Tak wychowali mnie rodzice. Nigdy się na nikogo nie gniewałem, choć wielu ludzi zrobiło mi krzywdę, ale ja nikogo nie niszczę.

 

******

Shegumo urodził się w Etiopii, jednak w 2003 roku przyjął polskie obywatelstwo i zaczął biegać z "orzełkiem na piersi". Jest specjalistą od średnich i długich dystansów - w 2012 roku został mistrzem Polski w biegu maratońskim, a rok później zwyciężył w Maratonie Warszawskim. Największy sukces odniósł w 2014 roku, gdy - również na dystansie 42,195 km - sięgnął po srebrny medal lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Zurychu.

 

W 2016 roku znalazł się w reprezentacji Polski na letnie igrzyska olimpijskie w Rio De Janeiro, jednak ze względu na problemy z lotami, na miejsce doleciał dopiero na kilka godzin przed samym biegiem. W 2018 roku po raz drugi w karierze został mistrzem Polski na swoim koronnym dystansie.

 

Jego dalsze kłopoty zaczęły się podczas ubiegłorocznych lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Berlinie, z których "wrócił na wózku inwalidzkim". Stwierdzono u niego zmęczeniowe złamanie kręgów krzyżowych. Ze względu na kontuzję został odcięty od jakiegokolwiek źródła dochodu - opuszczony przez sponsorów, niezdolny do wykonywania zawodu sportowca, nie ma obecnie środków do życia.

 

W załączonym materiale wideo cała rozmowa z trenerem Januszem Wąsowskim.