W skrócie historia wygląda tak: nieco ponad pięć lat temu Krzysztof Kotwicki dowiedział się od działaczy Związku Piłki Ręcznej w Polsce, że już nie może być trenerem w Superlidze. Bo nie ma odpowiedniej związkowej licencji.

 

- Po 35 latach w zawodzie, medalach mistrzostw Polski i pracy w reprezentacji kobiet, kursach, na które wysyłał mnie ZPRP, dowiedziałem się, że mogę prowadzić tylko drugoligowca, bo nie mam odpowiedniego przygotowania - mówił rozgoryczony w jednym z wywiadów.

 

Żeby niezbędną licencję uzyskać musiał skończyć zorganizowany przez związek kurs i zdać egzamin. Kurs oczywiście nie był darmowy. Kotwicki na kurs nie poszedł. Poszedł... do sądu. Po pięciu latach doczekał się korzystnego wyroku. Po kolejnych trzech miesiącach uzasadnienia, którego obszerne fragmenty przytacza Przegląd Sportowy.

 

W listopadowym orzeczeniu Sąd Apelacyjny w Warszawie jasno stwierdził, że "ustala prawo Krzysztofa Kotwickiego do wykonywania zawodu trenera w pełnym zakresie". A w uzasadnieniu podkreślił, że związek swoimi przepisami "nie może naruszać uregulowań konstytucyjnych, a przede wszystkim prawa do wyboru i wykonywania zawodu". Najprościej rzecz ujmując: okazuje się, że licencje dla trenerów, których wymaga i na których zarabia wiele największych związków sportowych w Polsce, nie bardzo dają się pogodzić z obowiązującym nad Wisłą prawem.

 

I to jest, moim zdaniem, znakomita wiadomość. Jasne, polskie prawo w przeciwieństwie choćby do amerykańskiego nie jest precedensowe; w kolejnym procesie dotyczącym licencji inny sąd może mieć odmienne zdanie, ale uzasadnienie, które ma w ręku trener Kotwicki trudno będzie lekceważyć. A to oznacza, że tak jak Jean-Marc Bosman przed laty wyzwolił piłkarzy z rąk zachłannych działaczy klubowych, tak teraz Krzysztof Kotwicki może uniezależnić trenerów od zachłannych działaczy związkowych.

 

Dlaczego zachłannych? Bo nie ma chyba wątpliwości, że sensem istnienia trenerskich licencji jest to, że przynoszą one pokaźny dochód związkom sportowym. Opłata za kurs, za egzamin, za wydanie licencji, za odnowienie licencji - kreatywność działaczy w drenowaniu kieszeni szkoleniowców jest nieograniczona.

 

A przecież właściciel klubu powinien mieć prawo zatrudnić na stanowisku trenera, kogo chce. Naprawdę ludzie wykładający pieniądze na kluby sportowe chcą odnieść sukces i także po zniesieniu licencji będą się starali zatrudnić trenera, który taki sukces może zagwarantować. A trenerzy - w znakomitej większości - chcą się uczyć, dokształcać, doskonalić.

 

Nie ma egzaminów i licencji dla piłkarzy czy siatkarzy. Teoretycznie więc dowolny prezes może podpisać kontrakty ze swoim synem i jego kolegami z liceum. Albo z wnukiem sympatycznego starszego pana z sąsiedztwa. Ale jakoś tak się składa, że każdy zarządzający klubem chce mieć w swojej drużynie możliwie najlepszych sportowców. I możliwie najlepszego trenera też będzie chciał.

 

A nawet jeśli pojawi się jeden czy drugi trener nieprzygotowany do zawodu, to co się takiego stanie? Nic, najwyżej prowadzony przez niego klub spadnie z ligi. Kluby trenerów z licencjami też spadają. Trener seniorów to nie neurochirurg, ani farmaceuta. Swoją niekompetencją nikomu poważnej krzywdy nie wyrządzi.

 

Co innego trenerzy dzieci i młodzieży. Tak, tutaj kandydatów kontrolujmy, sprawdzajmy, certyfikujmy. Zwichnięty bark, albo co gorsza - psychika młodego człowieka to coś, czemu powinno się ze wszystkich sił zapobiegać. Ale trener seniorów? Bez przesady...

 

Absurd idei licencji trenerskich widać najlepiej, gdy pracę szkoleniową chcą rozpocząć byli zawodnicy. Wyobraźmy sobie, że za kilka lat trenerem postanawia zostać Robert Lewandowski. I nagle okazuje się, że kilkanaście sezonów gry na najwyższym światowym poziomie i tysiące treningów u Kloppa, Ancelottiego i Guardioli nie wystarczają by prowadzić drużynę w Ekstraklasie. Lewandowski musi koniecznie zdać egzamin przed komisją złożoną z ludzi, którzy Ligę Mistrzów widzieli jedynie w telewizji.

 

Kolejna patologia, której rozwojowi sprzyjają trenerskie licencje to tak zwane "słupy". Chcesz, by twój zespół prowadził trener bez licencji? Żaden kłopot. Zatrudniasz go w pakiecie z kimś, kto ma odpowiednią licencję i nie ma problemu z pełnieniem roli figuranta. Ten z licencją daje nazwisko do protokołu meczowego, ten bez licencji faktycznie pełni obowiązki trenera.

 

Wiele razy różne związki odgrażały się, że zrobią z tym porządek. Ale oczywiście nie zrobiły. Bo przecież nie chodzi o jakość szkolenia, o troskę o zawodników. Chodzi o kasę. A czy płaci ją "słup" czy faktyczny trener? A co to za różnica? Saldo ma się zgadzać.

 

Może to śmiałe porównanie, ale licencje trenerskie nieodmiennie kojarzą mi się z haraczami. Kilku smutnych panów przychodzi do restauratora i mówi, że generalnie to cieszy ich jego inicjatywa, trzymają kciuki za jego powodzenie i pozwolą mu spokojnie prowadzić lokal, jeśli tylko odpali im okrągłą sumkę. Zamieniamy restauratora na trenera, lokal na drużynę i... wszystko się zgadza.

 

Dlatego tak cieszy mnie wyrok warszawskiego sądu. Oby na dobry początek ukrócił proceder trenerskich licencji w Polsce. A potem, kto wie, może Kotwicki, wzorem Bosmana, pójdzie ze swoją sprawą do trybunałów europejskich i "prawo Kotwickiego" stanie się normą w całej Europie...