- Nie zaczęło się pięknie i kolorowo - w ten w sumie dość delikatny sposób początek mistrzostw opisał Kamil Stoch. Polscy skoczkowie szybko musieli bowiem sobie poradzić ze sporym rozczarowaniem.

 

Zaczęło się od piątego miejsca Stocha w konkursie na dużym obiekcie. Ten wynik negatywnych emocji nie wywołał, bo w świadomości pozostawało, że dzień później w zawodach drużynowych niepowodzenie zostanie powetowane.

 

Podopieczni trenera Stefana Horngachera na Bergisel w Innsbrucku bronili tytułu wywalczonego dwa lata wcześniej w Lahti. Co więcej, na mistrzostwa przyjechali jako liderzy Pucharu Narodów i to kilka dni po tym, jak w Willingen wręcz zniszczyli rywali. Podium wydawało się pewne.

 

Znany z Turnieju Czterech Skoczni obiekt do końca im jednak nie sprzyjał. Czwarte miejsce było twardym lądowaniem dla kibiców, ale także samych zawodników. Nerwy puściły nawet Adamowi Małyszowi. Dyrektor ds. skoków i kombinacji norweskiej w PZN słabszej postawy skoczków upatrywał w niejasnej sytuacji z Horngacherem, który wciąż nie zdecydował, czy po sezonie zostanie z polską kadrą.

 

Biało-czerwonym udało się jednak odzyskać równowagę. W treningach na normalnym obiekcie już w Seefeld świetnie prezentowali się Stoch oraz Kubacki. Nadzieje na medal znów odżyły.

 

Po pierwszej serii piątkowego konkursu można się było jednak zacząć zastanawiać, czy nad Polakami nie wisi jakieś fatum. Po skokach w bardzo niesprzyjających warunkach Stoch zajmował 18., a Kubacki dopiero 27. miejsce.

 

W finałowej rundzie Kubacki po swojej próbie objął prowadzenie, a kilka minut później tuż za nim znalazł się Stoch. Potem wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Coraz silniej padający śnieg oblepiał tory najazdowe i najlepszym na półmetku uniemożliwiał oddanie dalekich skoków. Ku zaskoczeniu absolutnie wszystkich już nikt Polaków nie wyprzedził.

 

- Chcieliście emocji, to macie - rzucił do dziennikarzy po zawodach asystent Horngachera Grzegorz Sobczyk.

 

Po raz pierwszy w historii MŚ dwóch Polaków znalazło się na podium jednej konkurencji.

 

- Jakim cudem to się stało, wciąż nie wiem - powiedział Kubacki dzień później po odebraniu złotego medalu.

 

Jeszcze długo polskim kibicom przyjdzie natomiast czekać na sukcesy w biegach narciarskich. Męska kadra zaprezentowała się bardzo słabo, a jedyne nadzieje można wiązać z młodymi zawodniczkami trenera Aleksandra Wierietielnego i jego asystentki Justyny Kowalczyk.

 

Najbardziej wartościowe rezultaty osiągnęła Izabela Marcisz. 18-latka zajęła 27. miejsce w biegu łączonym, a tak wysoko w swoim debiucie na MŚ nie była nawet Kowalczyk. Warto obserwować także rok młodszą Monikę Skinder.

 

- Potrzeba około pięciu lat ciężkiej pracy, żeby dziewczyny zaczęły nawiązywać walkę z czołówką - stwierdziła Kowalczyk.

 

Niespodziewanie lepiej od biegaczy zaprezentowali się nawet kombinatorzy norwescy. Szczepan Kupczak zajął 18. miejsce, co jest najlepszym wynikiem polskiego dwuboisty od 34 lat. Drużynowo natomiast biało-czerwoni zajęli ósme miejsce.

 

Mistrzostwa w Seefeld były pierwszymi w XXI wieku bez Marit Bjoergen. Słynna norweska biegaczka, 18-krotna złota medalistka MŚ, rok temu zakończyła karierę. Nową królową jest jej rodaczka Therese Johaug. 30-latka w wielkim stylu wróciła z dwuletniej banicji za doping i wygrała wszystkie trzy konkurencje dystansowe.

 

Na miano księżniczki w pełni zasłużyła za to Frida Karlsson. Dorobek 18-letniej Szwedki to złoty medal w sztafecie, srebrny w biegu na 10 km techniką klasyczną i brązowy na 30 km "łyżwą".

 

Mistrzostwa w Seefeld zostaną też niestety zapamiętane z powodu skandalu dopingowego. 27 lutego policja w ramach szeroko zakrojonej akcji zatrzymała pięciu biegaczy narciarskich. Austriaka Maxa Hauke przyłapano na gorącym uczynku, kiedy wykonywał sobie transfuzję krwi.

 

Gospodarzem kolejnych mistrzostw w 2021 roku będzie Oberstdorf. To właśnie z tej niemieckiej miejscowości w 2005 roku po raz ostatni biało-czerwoni wrócili bez medalu.