Winiarski w swojej pięknej karierze, niestety często przerywanej przez kontuzje, osiągnął praktycznie wszystko, o czym może pomarzyć profesjonalny siatkarz. Grał u boku najlepszych na świecie, sam zresztą zaliczał się do tej wąskiej grupy zawodników. Występując w Polsce, we Włoszech i w Rosji współpracował ze znakomitymi trenerami, od których czerpał garściami i poznawał ich filozofię pracy.

 

Poważne granie zaczynał pod okiem Edwarda Skorka i Stanisława Gościniaka w Częstochowie. Później trafił pod skrzydła Ireneusza Mazura w Skrze Bełchatów. Równocześnie pojawił się w kadrze Raula Lozano. We Włoszech pracował z Radostinem Stojczewem, w Rosji z Ferdinando de Giorgim. Od roku jest asystentem trenera Roberto Piazzy.


Przeglądając portale społecznościowe okazuje się, że dla wielu ludzi, to wszystko mało, aby rozpocząć samodzielną pracę trenerską. W ubiegłym tygodniu PAP poinformowała w swojej depeszy, że Winiarski jest kandydatem do objęcia posady trenera Trefla Gdańska w miejsce Andrei Anastasiego, który przenosi się po zakończeniu obecnego sezonu do Warszawy. Przyznam szczerze, że jestem zdumiony tymi opiniami, a może nawet bardziej ich argumentacją. Że niby za wcześnie, że najpierw byłoby lepiej, aby popracował z młodzieżą, albo na niższym szczeblu rozgrywkowym, może gdzieś w pierwszej lidze, albo jeszcze żeby przez jakiś czas poasystował jakiemuś doświadczonemu trenerowi.


No to moje pytania w tej sytuacji są takie. Dlaczego jest za wcześnie? Dlaczego najpierw powinien popracować z młodzieżą, albo na niższym szczeblu rozgrywkowym i dlaczego akurat w pierwszej lidze, a na przykład nie w drugiej? I niby dlaczego byłoby lepiej, gdyby pozostał przy siatkówce na razie w roli asystenta?


Przed pamiętnymi mistrzostwami świata w 2014 roku w tych samych portalach społecznościowych rozgorzała dyskusja na temat wyboru Staphana Antigi, który powierzył obowiązki kapitana drużyny Michałowi Winiarskiemu. Można było przeczytać wówczas, że to zły pomysł, że kapitanem powinien być ktoś z większą charyzmą itd, itd. Skończyło się tak, że 21 września 2014 roku w katowickim Spodku Michał Winiarski odbierał w imieniu drużyny puchar za wygranie mistrzostw świata z rąk prezydenta FIVB Ary Gracy. 


Nie traktując wszystkiego zero-jedynkowo odważę się stwierdzić, że jesteśmy społeczeństwem, które lubi wchodzić w buty kogoś innego, często kogoś, kogo się kompletnie nie zna. I myślę, że w przypadku „Winiara” jest dokładnie tak samo. Akurat znam Michała bardzo dobrze i wiem, że niczego w swojej zawodowej karierze nie zrobi pochopnie. Jeżeli uzna, że jest gotowy, aby samodzielnie poprowadzić drużynę, to nic przed podjęciem takiej decyzji go nie zatrzyma. Akurat ja go z tego miejsca namawiam, żeby się zbytnio nie zastanawiał, bo nas zwyczajnie jako środowiska nie stać, aby ludzi z takim doświadczeniem jak on trzymać pod kluczem w jakiejś zamrażarce i czekać. Tak naprawdę nie wiadomo na co. 


A sam Trefl? Wydaje się, że jest idealnym miejscem do tego, aby rozpocząć samodzielną pracę. W klubie kierowanym przez prezesa Dariusza Gadomskiego wszyscy twardo stąpają po ziemi i nikt nie oczekuje cudów. Nie jest też wytwarzana dodatkowa presja na wynik, która na co dzień towarzyszy szkoleniowcom pracującym w Rzeszowie, czy Bełchatowie, gdzie drugie miejsce w rozgrywkach uznawane jest za porażkę. 


Zobaczymy jak to wszystko się potoczy. Nie wiemy, czy prezes Gadomski powierzy prowadzenie Trefla Winiarskiemu i czy Winiarski tę propozycję przyjmie. Jeśli tak się stanie, to nie będzie to w żaden sposób próba podwyższonego ryzyka, co najwyżej odważna decyzja pana prezesa i szansa dla utytułowanego zawodnika i początkującego trenera.


Na koniec powtórzę tylko za Marcinem Lepą, który na łamach Polsatsport.pl zaapelował do prezesa Gadomskiego, „panie prezesie, pan się nie boi”.

 

No to teraz ja - panie prezesie, pan się nie boi!