Ma w swoim skarbcu złoto i srebro igrzysk olimpijskich, cztery medale mistrzostw świata, pięć tytułów mistrza Europy i budzące podziw rekordy. Jego wyczyny w podrzucie w kat. 94 kg, wieloletni rekord świata tylko pół kilograma gorszy od aktualnego, uświadamiają jakim gigantem był Kołecki na pomoście

 

Igrzyska olimpijskie w Sydney, rok 2000. Pamiętam jak dziś, stałem przy pomoście i chłonąłem wszystko co się tam działo całym sobą.

 

- W drugiej próbie, podchodząc do ciężaru 227,5 kg popełnił błąd przy zarzucie. Puścił grzbiet i  sztanga uciekła mu do przodu. Szymek nie zdążył podkręcić łokci, chcąc się ratować zrobił jakiś dziwny skok do przodu i doznał kontuzji" mówił "Rz" Gruzin Ivan Grikourow, wieloletni trener Kołeckiego, i wychowawca Akakiosa Kakashvilisa, Greka wcześniej reprezentującego ZSRR, urodzonego w Gruzji, który wtedy młodego Polaka pokonał.

 

Do ostatniej próby Kołecki już nie wyszedł. Zdecydował o tym lekarz polskiej ekipy, trener Ryszard Szewczyk i sam zawodnik. "Nie byłem nawet w stanie zrobić przysiadu bez sztangi. Piekielnie bolało" tłumaczył Kołecki.

 

"Jest takie stare gruzińskie przysłowie. Dopiero kiedy samochód się przewróci, widać drogę, którą chciał pojechać. Tak było i z taktyką w tym pojedynku. Teraz to jesteśmy mądrzy" uspokajał nastroje Grikourow.

 

Nigdy się nie dowiemy, jak wyglądałaby ciężarowa kariera Kołeckiego, gdyby nie liczne kontuzje. Miał operowany kręgosłup i wielokrotnie kolano. Ból kręgosłupa był pierwszy, pojawiał się i znikał. Czasami był tak silny, że nie mógł się schylić, by założyć buty. Nauczył się z nim żyć, ale nie zdołał go usunąć ze swoich myśli. Gdy w 2001 roku, w wyższej kategorii (105 kg) zdobył srebrny medal mistrzostw Europy w Trencinie tylko nieliczni wiedzieli, że to była masakra.

 

- Na pomoście nie myślałem o sztandze, tylko o kręgosłupie. Sam nie wiem jakim cudem wywalczyłem miejsce na podium" opowiadał Kołecki, jeden z największych talentów w historii światowej sztangi. 

 

W maju, zaraz po mistrzostwach zrobił rezonans magnetyczny w Międzylesiu. Opis radiologa nie pozostawał złudzeń. Dwie przepukliny międzykręgowe, dyskopatia i szereg innych nieprawidłowości wskazywał jednoznacznie, że jego kręgosłup się sypie i potrzebny jest natychmiastowy remont.

 

- Korzystałem ze wszystkich możliwych metod. Łykałem tabletki przepisane przez lekarza kadry, leczyłem się na własną rękę u najróżniejszej maści specjalistów. Byłem u bioenergoterapeuty, szukałem nadziei u kręgarzy, którzy ręcznie ustawiali mi kręgosłup, pytałem o radę profesorów.

 

Jeden z nich, profesor Podgórski powiedział mu krótko: "Jak będziesz dalej dźwigał to wykopiesz sobie grób.

 

Kilka lat później, to on postawił go na nogi. Operacja którą przeprowadził pozwoliła Kołeckiemu zdobyć jeszcze jedno olimpijskie srebro w Pekinie, zamienione po dyskwalifikacji Kazacha Ilji Iljina na złoto, oraz wygrywać kolejne  mistrzostwa Starego Kontynentu.

 

Kiedy wygrywał je po raz pierwszy miał 17 lat. Już wtedy imponował niesamowitym podrzutem. Nigdy nie  zapomnę, jak podczas mistrzostw Polski w Ciechanowie, w 2000 roku, 18 letni Kołecki trzymał nad głową 235 kg.  

 

Mógł być najmłodszym złoty medalistą w historii podnoszenia ciężarów, mógł tak jak najwięksi z największych trzykrotnie wygrać igrzyska, ale los chciał inaczej.

 

Ivan Grikourow mówił, że nigdy nie spotkał takiego talentu jak Szymon, a przecież lista tych, których doprowadził do sukcesów jest długa. Iwan Abadżijew, legendarny bułgarski szkoleniowiec porównywał go do Naima Suleymanoglu.

 

Kołecki powiedział mi kiedyś. – Nie jestem siłaczem, jestem wojownikiem!

 

I trafił w punkt. Pamiętam zawody, kiedy miał słabsze rwanie, a trenerzy z którymi obserwowałem walkę na pomoście mówili ze spokojem w głosie. – Podrzuci tyle ile będzie trzeba.     

 

Na igrzyskach w Sydney wystarczyło podrzucić 225 kg i byłoby po sprawie, ale trener kadry Szewczyk zaordynował najpierw 222,5 kg, co dawało pewny srebrny medal i wygraną z Rosjaninem Pietrowem. Zgodnie z obowiązującym wtedy regulaminem w drugim podejściu musiał założyć na sztangę 5 kg więcej (227,5).

 

Popełnił wtedy drobny błąd. Chciał jeszcze się ratować, podskoczył do przodu z wysoko uniesioną sztangą i w lewej stopie coś huknęło. "Bałem się spojrzeć na nogę. Myślałem, że kość jest na wierzchu" wspominał w jednej z naszych rozmów Kołecki. Dopiero później okazało się, że pękła nie kość tylko torebka stawowa. Do trzeciej próby już nie wyszedł. Na archiwalnych zdjęciach widać co czuł na podium. Był zły na cały świat.

 

Jak każdy prawdziwy wojownik nie znosi przegrywać, choć potrafi przyjąć porażkę z klasą. Tak było na pomoście, i tak było w klatce, gdy w ubiegłym roku przegrał z Międzyzdrojach po raz pierwszy, na razie jedyny.

 

O tym, że chciałby spróbować swych sił w MMA mówił mi przed laty, gdy odwiedziłem go na zgrupowaniu w Spale, gdzie przygotowywał się do jednej z ciężarowych imprez. Mówił też, że chętnie sprawdziłby się w królestwie strongmanów, gdzie rządził wtedy Mariusz Pudzianowski.

 

On szczupły, startujący w wadze 94 kg, wysoki (185 cm), a Pudzianowski ponad 140 kg samych mięśni wtedy, ciężko było sobie to wyobrazić. 

 

Scenariusz walki z Pudzianowskim wydawał się niemożliwy, tym bardziej w klatce, bo sam Mariusz chyba nie myślał, że tak będzie wyglądać jego życie po życiu.

 

Kołecki jest realistą, w tym roku skończy 37 lat, ma żonę, czworo dzieci i wie że w MMA nigdy nie będzie takim mistrzem jak na pomoście. Był geniuszem sztangi, należał do elity, wszyscy patrzyli na niego z podziwem. A on wielki talent i wspaniałą technikę wspierał jeszcze tytaniczną pracą.

 

MMA jest dla niego wyzwaniem, ale też dobrym źródłem zarobku, czego nie ukrywa, chce więc z siebie wycisnąć ile się da, bo ma świadomość, że w klatce długo nie zostanie, a czas pędzi szybko. Ale nawet w obcym dla siebie środowisku odciska już swoje piętno.

 

Wojownicy, tacy jak on, walczą do końca, bez względu na okoliczności. Dlatego są niebezpieczni. Warto o tym pamiętać czekając na sobotni pojedynek.

 

Transmisja gali KSW 47 w systemie PPV.