W 2014 roku Nemec wrócił na dwa lata do swojej ojczyzny, ale od listopada 2016 roku znów jest w Polsce. Wtedy został trenerem piłkarzy poznańskiej Warty.

 

- Gdy zaczynałem pracę w Śląsku, nigdy mi do głowy nie przyszło, że spędzę tyle lat w Polsce. Widocznie cały czas było zapotrzebowanie na moje usługi, a mi do Polski zawsze było mi blisko – opowiadał pochodzący z Ostrawy szkoleniowiec.

 

Jak przyznał, w jego domu często oglądało się polską telewizję. Także transmisje sportowe.

 

- Pamiętam jak śledziliśmy mecze, które komentował słynny Jan Ciszewski. Woleliśmy go słuchać niż naszych komentatorów. Dlatego też język polski był mi bliski, zresztą często bywałem w Polsce, jeździliśmy na mecze sparingowe z drużynami ze Śląska – tłumaczył.

 

W trakcie ostatnich 18 lat tylko dwukrotnie wrócił do ojczyzny. Przez pół roku prowadził drugoligowego Tatrana Prachatice, a przed objęciem Warty przez dwa sezony pracował FK Usti Na Łabą.

 

- Można powiedzieć, że wreszcie wróciłem do domu, bo do Teplic, gdzie obecnie mieszkam, miałem zaledwie 16 kilometrów. Nie ukrywam, że przez te lata spędzone w Polsce w Czechach trochę o mnie zapomniano. Z drugiej strony uważam, że przez tyle lat pracy wyrobiłem sobie markę. Dziś muszę rywalizować z coraz młodszymi trenerami, którzy są bardzo ambitni, chcą się przebić. Szkoleniowców z mojego rocznika 1957 pracujących w ekstraklasie czy pierwszej lidze nie ma już zbyt wielu – tłumaczył.

 

Czech trochę żałuje, że nie dane było mu na dłużej zagościć w polskiej ekstraklasie. Pracując w Śląsku i Widzewie łącznie zaliczył tylko 13 spotkań w najwyższej klasie rozgrywkowej.

 

- Miałem trochę pecha, bo w momencie, gdy obejmowałem Śląsk czy Widzew, te kluby były wręcz na skraju bankructwa. Miały duże problemy i przez to zadanie było trudne. Żałuję, że nie mogłem pracować w klubach poukładanych organizacyjnie, w których można byłoby skupić się wyłącznie na trenerskiej robocie – przyznał.

 

Najmilej wspomina cztery lata w spędzone w Świnoujściu. Z Flotą wywalczył awans do pierwszej ligi, a na koniec jego pracy drużyna zajęła trzecią lokatę na zapleczu ekstraklasy, co było największym osiągnięciem w historii klubu.

 

- Świnoujście to małe miasto i to, co osiągnęliśmy w pierwszej lidze, to było maksimum, a nawet chyba coś więcej. A niemal co pół roku bardzo mocno zmieniał mi się zespół, zawodnicy odchodzili, a przychodzi piłkarze, których nikt nie chciał w innych klubach. Bardzo mi się podobała taka domowa, rodzinna atmosfera, jaką tam mieliśmy. Odszedłem sam, bo pojawiła się propozycja z Arki Gdynia, która właśnie spadła do pierwszej ligi – wspomniał.

 

Pod koniec 2016 roku został ściągnięty do walczącej o drugoligowy byt Warty Poznań. Czech bez kłopotów utrzymał zespół, a rok później sprawił sporą niespodziankę, awansując do pierwszej ligi. Takiego wyniku mało kto się spodziewał, ale i w stolicy Wielkopolski nie mógł liczyć na spokojną pracę, gdyż klub do rozgrywek przystąpił nieprzygotowany organizacyjnie.

 

- Chciałbym jeszcze popracować w takim klubie, w którym mógłbym skupić się tylko na piłce, a nie przejmować się tym, czy będziemy mieli np. boisko do dyspozycji. W Warcie wszystko powoli idzie w dobrym kierunku, ale nie ma co ukrywać, że klubowa infrastruktura jest bardzo słaba – ocenił Nemec.

 

Czech słynie z wymagających zajęć, tak przynajmniej twierdzili jego byli podopieczni. On sam się nie do końca zgadza z tą opinią.

 

- Ja po prostu lubię pracę i to moim zdaniem przynosi efekty. Gdy przychodziłem do Warty, nie było tu jakiś wielkich piłkarzy, a przez ten czas zrobili duże postępy i pokazują charakter. Nie jestem jakimś katem, żaden zawodnik nie umarł mi na treningu, żaden nawet nie wymiotował. Myślę jednak, że zmieniło się też podejście ich samych. Ja widzę, że oni zaczynają dbać o siebie, jeśli chodzi o jedzenie, o odpoczynek – zaznaczył.

 

Nemec nie ukrywa, że polski futbol mocno się zmienił na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Szczególnie zwrócił uwagę na infrastrukturę i stadiony, których Czesi mogą pozazdrościć.

 

- Dzięki Euro 2012 Polska zmieniła się nie tylko od sportowej strony, ale też drogi są coraz lepsze. Pamiętam jak dziś, gdy jechaliśmy z Wrocławia do Olsztyna, to myślałem, że to jakiś koniec świata. Dzisiaj wygląda to znacznie lepiej, są autostrady. Powstały piękne stadiony, takich jak są Poznaniu, Gdańsku, Wrocławiu czy Warszawie nie mamy zbyt wiele w Czechach. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jesteśmy dużo mniejszym krajem i można się zastanowić, czy aż tak duże obiekty byłyby potrzebne. Wydaje mi się, że w Polsce ludzie bardziej interesują się sportem. Na pewno na piłkę przychodzi więcej kibiców niż w Czechach, gdzie czasami mecze ogląda zaledwie tysiąc osób – tłumaczył.

 

Jak przyznał, nie tylko frekwencją na trybunach Polska przebija jego kraj. Czeskie kluby mogą tylko pomarzyć o takich pieniądzach ze sprzedaży transmisji telewizyjnych, jakie są w polskiej ekstraklasie. To jednak czeskie drużyny zdecydowane lepiej radzą sobie w europejskich pucharach, a występy w fazie grupowej Lidze Mistrzów czy Ligi Europejskiej nie są wydarzeniem "od święta".

 

- Dziesiątki razy mnie o to pytano, dlaczego tak jest. Myślałem nad tym długo, ale nie wiem, gdzie tkwi problem. Przecież nie możemy porównywać potencjału naszych krajów, liczby zawodników, którzy grają w piłkę - zauważył.

 

W trakcie pracy w Polsce szkoleniowiec musiał sobie radzić z rozłąką z rodziną. Nie próbował nawet jej ściągać. Jak wskazał, ktoś w rodzinie musi mieć pewną pracę.

 

- Moja żona do niedawna była dyrektorem szkoły muzycznej. A u mnie... Zawsze są trzy walizki, ale jedna jest tylko rozpakowana, bo wiadomo, jak to w futbolu z trenerami bywa. Żona jest bardzo wyrozumiałą osobą, jak byłem piłkarzem, też przecież często wyjeżdżałem - nadmienił.

 

Dlatego też wiele czasu spędza w samochodzie. Jak jest możliwość, po meczach udaje się na krótko do Czech, by spotkać się z rodziną. Nie ukrywa, że przez te lata wykręcił tysiące kilometrów.

 

- Nie liczyłem, ale na pewno było tego dużo. Teraz mam do domu niecałe 450 kilometrów, ale w obie strony to już 900. A jeżdżę mniej więcej dwa razy w miesiącu. To można sobie policzyć. Teraz nie mam tak daleko, jak to miało miejsce, gdy pracowałem w Gdyni albo w Ostrowcu Świętokrzyskim. A i wtedy nie było takich dróg, autostrad, jakie są teraz – podkreślił.

 

Nemec w przeszłości był znakomitym piłkarzem. Z reprezentacją Czechosłowacji zdobył złoty medal igrzysk olimpijskich w Moskwie w 1980 roku i zajął trzecie miejsce w mistrzostwach Europy w tym samym roku. Z Banikiem Ostrawa dwukrotnie sięgnął po mistrzostwo Czechosłowacji.

 

WYNIKI, TERMINARZ I TABELA FORTUNA 1 LIGI