W Togliatti już nieomal czujesz zapach domostwa, wszak jeszcze tylko miniesz wielkie miasto Samara i stąd do Oktiabrska już jest blisko gdy spojrzysz ile wiorst dzieli cię od ojcowskiego uścisku. A w Oktiabrsku zderzysz się z przerażającym i zarazem zachwycającym wiatrem wiejącym od strony masywu Ural Południowy. W klubie Stroitiel Oktiabrsk przed laty ścigał się tata Renata Gafurowa. Wiktor Kułakow wreszcie może odetchnąć… Jest u siebie, na swoich ukochanych włościach…

 

Kułakow lubi ścigać się w Gdańsku. Żużlowi kronikarze pamiętają mistrzowskie zawody rangi FIM rozegrane w październiku 2016 roku na stadionie Wybrzeża. Ostatnia runda indywidualnych mistrzostw świata juniorów. Max Fricke zostaje królem w kategorii do lat 21, łzy roni Krystian Pieszczek, bo zdobywa „tylko” srebrny medal, a brąz pada łupem Brytyjczyka Roberta Alana Lamberta. Kułakow wygrywa turniej w Gdańsku ku osłupieniu fachowców. Buduje bazę w Toruniu, gdyż pragnie mieć namiastkę rosyjskiej ziemi na Pomorzu, niedaleko warsztatów, w których pracują jego rodacy: Artiom Łaguta i Andriej Kudriaszow. Do domu rzadko się wybiera, bo na kadłubową i odartą z blasku świetności ligę rosyjską czasami zabiera silnik, który po przylocie do Samary trzeba będzie przewieźć do Bałakowa. W Turbinie Bałakowo Wiktor wykręca swój pierwszy „duży” komplet w życiu. Zdobywa 18 punktów. Tata, choć ma umorusane rączki od smarów, tonie w oceanie szczęścia. Syn ma talent do speedwaya. Chwile radości i jednostkę napędową trzeba wyjąć z ramy motocykla, bo wkrótce Wiktor znów wyruszy w cygańską gonitwę za marzeniami.


Kułakow tęskni za rodziną, ale w Polsce stworzył ciekawy team mechaników. Dwaj fachowcy uwijają się przy sprzęcie Rosjanina jak mróweczki. Czasami złoty podszept wykona Bartek Dąbrowski, który przed laty pracował dla mistrza świata’2012 Chrisa Holdera. W Toruniu Wiktor skonstruował swój mały rosyjski świat, znacznie mniejszy niż obwód samarski…


W Unii Tarnów czuje się komfortowo. W lidze rosyjskiej zmienił pracodawcę. Odszedł z bogatszej Turbiny Bałakowo do klubu Oktiabrskij o skromnym budżecie. Diengi nie są najważniejszym wyrazem w słowniku Wiktora. Z Oktiabrska bliżej do taty i mamy, a zawody są przy okazji… W lutym ukończył 24 lata, więc wszystko co najlepsze wciąż przed Kułakowem, który woli swobodę duszy od sakiewki brzęczącej dukatami…


W Gdańsku podczas meczu drugiej kolejki Nice I ligi, Kułakow nie dysponował atomowymi startami. Tylko raz „puścił klamkę” jak mawiają żużlowcy (puścił dźwignię sprzęgła) i odjechał przeciwnikom. 15 punktów w meczu wyjazdowym z arcytrudnym rywalem to niemal nadprzyrodzone zjawisko. Kułakow raduje się, ale rozumie, że najważniejszy jest wynik zespołu. Super, że tarnowskie jaskółki zadziwiają świat, ale ekipa z Galicji straciła Artura Mroczkę. Prześwietlenie wykonane w Grudziądzu wykazało złamanie kości łódeczkowatej w prawej ręce Artura. W Gdańsku w karetce pogotowia stacjonującej w parku maszyn nie było gigantycznych zapasów lodu, jeno spray i to też w ograniczonym zakresie. Samo życie. „Trzeba mieć zdrowie, żeby się leczyć” – rzucił jeden z kibiców. „Artur, idź włóż rękę pod kran z lodowatą wodą, ulżysz sobie” – przekazał trener tarnowskiej drużyny, Paweł Baran. Na zaimprowizowanym temblaku ból tańczył fokstrota, ale Mroczka, była gwiazda Poole Pirates, dotarł do zaufanego lekarza w Grudziądzu i przyjął do wiadomości, że nieprędko wróci na żużlowy tor.


Tarnowianie poznali słodko – gorzki smak zwycięstwa w Gdańsku. W sezonie 2019 Unia Tarnów dysponuje bardzo krótką ławką zawodników. Kontuzja Artura Mroczki, który zawsze słynął z nieuczesanych myśli i wykonał na głowie fryzurę a la Zlatan Ibrahimović (Artur żartuje, że ma korzenie bośniackie) stawia tarnowian w arcytrudnej sytuacji kadrowej. Z konieczności pauzującego Mroczkę będzie musiał zastąpić młodzieżowiec Przemysław Konieczny. Ewentualnie menedżer Unii Tarnów, ongiś znakomity żużlowy sędzia – Tomasz „Prochu” Proszowski – będzie mógł sięgnąć po wypożyczonego z WTS Sparty Wrocław Mateusza Gzyla…


Tomasz Proszowski, który zjadł zęby na żużlu, wyznał w Gdańsku, że speedway stał się osobliwym sportem. 31 marca na własnych śmieciach w Tarnowie Wiktor Kułakow zainkasował 9 punktów i bonus. Aż osiem solowych zwycięstw mieli na koncie Łotysze z Daugavpils. Wygrać u siebie 46-44 z Lokomotive Daugavpils i bez problemów pokonać na wyjeździe Zdunek Wybrzeże Gdańsk: gdzie tu logika? Takie rozstrzygnięcia sprawiają, że Nice I liga staje się bardzo nieprzewidywalna, co zwiększa atrakcyjność rozgrywek na pierwszym froncie.


W pierwszej kolejce skórę uratował tarnowianom Peter Ljung, który ułańską szarżą rozdzielił w piętnastym wyścigu parę: Timo Lahti – Andrzej Lebiediew. W Gdańsku Szwed znów dał popis umiejętności. Złapał nietypowego jak na żużlowe standardy „kapcia”. W siódmym wyścigu na trzecim okrążeniu Peter poczuł, że przednia opona została przebita. Cudem dojechał do mety, ale jechał tak świetnie technicznie, że nie pozwolił Krystianowi Pieszczkowi na skuteczny atak! Ljung wygrał wyścig jadąc z przebitą oponą, popularną „paną”!!!


Gdańszczanie nie mogli rozpędzać się po zewnętrznej, gdyż tor przypominał styl tarnowski: zbyt mało luźnej nawierzchni, a więc Kacper „Ginger” Gomólski i miłośnik amerykańskiego basketu, a w szczególności Golden State Warriors – Mikkel Bech, błądzili jak we mgle. Tak okrutnie przewrotny jest los żużlowca. W Gnieźnie gdańszczanie rządzili, a na własnym torze nie sprostali tarnowianom. Drugiej szansy nie wykorzystał młodzieżowy mistrz Szwecji – Joel Kling (1 punkt i bonus). Teraz Mirosław Berliński staje przed dylematem: powołać pod broń Nowozelandczyka Bradley Wilsona-Deana na wyjazdowy mecz w Daugavpils czy wciąż katować widzów Klingiem? Pytanie iście hamletowskie… Wysłać Bradleya, który 1 kwietnia w meczu Panter z Peterborough z Asami z Belle Vue Manchester wykręcił 6 oczek i 2 bonusy, ale jest walecznym technikiem, więc może nie mieć szybkiej „szafy” skrojonej na długi tor w Daugavpils czy cierpliwie czekać na majowy powrót rekonwalescenta Jacoba Thorssella? Niełatwe zadanie czeka gdańszczan 14 kwietnia.


Słodkiego życia nie mają gnieźnianie. Co prawda, Rafael Wojciechowski sięgnął po indywidualnego wicemistrza Szwecji, Olivera Berntzona, co okazało się mistrzowskim posunięciem (16 punktów w Ostrowie Wielkopolskim), ale Car Gwarant po dwóch meczach ligowych ma zero punktów na koncie. W najbliższą niedzielę 14 kwietnia lekko nie będzie, bo do pierwszej stolicy Polski przyjeżdżają faworyzowani rybniczanie. Ten fascynujący pojedynek będzie rozegrany przed kamerami Polsatu Sport.


Rybniczanie mieli chrapkę na pierwsze ligowe punkty. Pauzowali w pierwszej kolejce, a w minioną sobotę mieli uraczyć stęsknionych kibiców widowiskową jazdą. Spadł deszcz, a pomimo to Australijczyk Troy Batchelor poprawił rekord toru. Następnie obradowało jury, tęgie umysły głowiły się co począć z tym fantem, zziębnięci kibice czekali na emocje, ale mecz odwołano. „Batch”, były uczestnik cyklu Speedway GP, który stawał na podium mistrzowskich zawodów wyznał, że rybnicki tor zweryfikował umiejętności żużlowców. Oddzielił chłopców od prawdziwych mężczyzn. Opinia Australijczyka wywołała burzę, ale zawody odwołano. Orzeł Łódź jeszcze raz wybierze się na Górny Śląsk. Może podczas drugiego podejścia poziom odwagi będzie większy? W środę 3 kwietnia sygnalizowano, że deszcz może storpedować rozegranie pojedynku z Orłem, więc może zamiast fundować spore wydatki rybniczanom, należało zawczasu przełożyć pojedynek na inny termin? W polskim speedwayu wciąż jest zbyt bogato, aby liczyć się z kosztami organizatora (ochrona, przeloty zawodników itd…) Co zrozumiałe bezpieczeństwo i zdrowie zawodników jest kwestią nadrzędną, ale skoro Batchelor i Andersen jadą z gazem, to dlaczego mniejszość ma decydujący głos?