Kevin zwiedził mnóstwo klubów na Wyspach Brytyjskich. Niespokojna dusza z Shepparton w stanie Victoria lubi gimnastykę z kubkami smakowymi, dlatego Kevin przewędrował wiele mil w poszukiwaniu szczęścia. Przyjrzyjmy się jego uroczej żużlowej „kartotece”… 1999-2000: Belle Vue Aces Manchester, 2002: Berwick Bandits, 2003: Glasgow Tigers, 2004-2006: King’s Lynn Stars, 2005: Ipswich Witches, 2006: Eastbourne Eagles, 2007: Belle Vue Aces Manchester, 2008: King’s Lynn Stars, 2009: Workington Comets, Belle Vue Aces Manchester, 2010: King’s Lynn Stars, 2011: Ipswich Witches, Lakeside Hammers, 2012: Ipswich Witches, Redcar Bears, 2013: Lakeside Hammers, Leicester Lions, 2014-2019: Berwick Bandits. Imponujące curriculum vitae… 

 

Doolan wie, że nie będzie opływał w luksus finansowy i nie wysłucha narodowego hymnu Australii: „Advance Australia Fair” stojąc na najwyższym stopniu podium podczas Speedway Grand Prix. Co intrygujące, kompozytorem muzyki, z której dumny jest każdy Australijczyk był urodzony w Szkocji (a jakże!) Peter Dodds McCormick. Kevin Doolan darzy Szkocję gigantycznym sentymentem. Dość powiedzieć, że „Doolie” odnajduje bezmiar rozkoszy podczas jazdy rowerem górskim po zaśnieżonych stokach masywu Helvellyn… „Wiem, że nie będę mistrzem świata na żużlu. Nie jestem młodzieńcem a la Robert Lambert, który chce wejść na szczyt SGP i pragnie wygrać każdy wyścig… Pochwalam taką postawę, jednak znacznie więcej radości sprawia mi utytłanie się w błocie i w śniegu pośród szkockich pagórków. Gdy wrócę do ojczyzny, nie będę miał zbyt wielkiej styczności ze śniegiem, choć mamy całkiem spore wzniesienia takie jak Góra Kościuszki (2228 metrów nad poziomem morza). Pragnę wykorzystać okres pobytu w Europie i napawać się śniegiem do woli. Ponadto, nic mnie tak nie relaksuje jak przejażdżka górskim rowerem na Helvellyn. Koniecznie zimową porą. Polecam!” – uśmiecha się Doolan, który przez moment ścigał się dla tarnowskich jaskółek (latał w czterech meczach w ekstralidze w sezonie 2008), ale długo miejsca w barwach Unii nie zagrzał. Choć trudno narzekać na brak śniegu w Galicji, nieprawdaż…?

 

3117 stóp

 

Pamiętacie Julię Bradbury? Prezenterkę wynajętą swego czasu przez właścicieli praw do Speedway GP – firmę BSI? Julia czuje się jak ryba w wodzie we wszelkiej maści filmach dokumentalnych oraz w programach popularyzujących piękno przyrody. W styczniu 2018 roku Julia nakręciła program o uroczych górach rozciągających się w Cumbrii. Park Narodowy Lake District przyciąga rzesze turystów. Szczyt Helvellyn tylko pozornie jest łatwy do zdobycia. Zimą stanowi prawdziwe wyzwanie dla lubiących zasapać się wspinaczy. Znakomity poeta angielski William Wordsworth był zachwycony mgłą oplatającą Helvellyn, a wybitny malarz, pejzażysta John Constable, nazywał Lake District „najpiękniejszym krajobrazem na świecie”. Przeto i nie dziwota, że australijski żużlowiec odnalazł skrawek piękna w górach Cumbrii i postanowił wturlać się na wierzchołek Helvellyn na rowerze górskim. Kask, czapka, polar, ciepła kurtka i naprzód przygodo!

 

 

 

3117 stóp (950 metrów) nie rzuci na kolana ludzi, którzy wdrapywali się na Cho Oyu czy Makalu, ale wedle dewizy Kevina, „piękne rzeczy niekoniecznie mieszkają bardzo wysoko”. Doolan sugeruje dość metaforycznie, że nie trzeba podbijać Hindukuszu, aby czuć się spełnionym. Analogicznie: nie musisz być liderem GP, aby oszaleć z radości… Przechadzka po Rudawach Janowickich czy Błędnych Skałach jest równie kojąca dla romantycznej duszy… „Gdy się zestarzeję na tyle, że nie będę mógł powłóczyć nogami, będę z rozrzewnieniem wspominał przeprawę przez ośnieżone zbocza Szkocji. Włóczęgostwo po Lake District smakuje tak samo jak składanie się w wirażu na torze „Bandytów” z Berwick” – uśmiecha się Kevin, który dwukrotnie awansował do finału indywidualnych mistrzostw świata juniorów. 20 lat temu Doolan zajął dwunaste miejsce w finale rozegranym w duńskim Vojens (mistrzem świata został wówczas świętej pamięci Anglik Lee Richardson). Z kolei w 2000 roku Doolan znalazł się w gronie finalistów IMŚJ w Gorzowie Wielkopolskim. Wtedy najlepszy był szwedzki żużlowiec Adrenalinas – „Ej Dżej” Andreas Jonsson, a Kevin uzbierał 4 oczka i uplasował się na 14 pozycji. „Hej, to już tyle lat śmigam na żużlu? Mogą mnie umieścić obok Brontozaura w muzeum!” – zaśmiewa się Doolie. 

 

Dla Kevina przywykłego do ogromnych przestrzeni outbacku (australijskiego interioru), Zjednoczone Królestwo jest wymarzonym rajem. „Przekraczasz próg domu i spoglądasz na góry. Wszystko masz na wyciągnięcie ręki. Czegóż chcieć więcej? Odjeżdżam trzy imprezy na przestrzeni czterech dni, odstawiam motocykl do warsztatu i wsiadam na górski rower. Uważam się za szczęściarza i wysoce uprzywilejowanego człowieka, że mogę wieść taki tryb życia” – podkreśla Doolan.

 

 

 

39-letni australijski żużlowiec Kevin Doolan nie zamierza wydorośleć. Uważa się za szczęśliwego człowieka przemierzając na rowerze szkockie bezdroża. Kevin znalazł ukojenie w pobliżu Wału Hadriana i ani myśli wracać do krainy zwanej Down Under.

 

Kevin zakłada, że uda mu się wytrwać w zdrowiu i doczeka w dobrej formie swojego dwudziestego sezonu na Wyspach Brytyjskich. „Przybyłem do Anglii w 1999 roku, ale wypadłem z cyrku na jeden sezon (2001). Mam nadzieję, że wciąż będę się dobrze bawił. Nie jestem pozbawiony ambicji. Lubię rywalizować z czołowymi żużlowcami świata, ale nie zadręczam się myślami o tym, aby podpisać kontrakt w szwedzkiej Elitserien czy PGE Ekstralidze. Nie dam z siebie 120% jeżeli uznam, że sytuacja wymyka się spod kontroli i grozi trwałym kalectwem. Wyznaję filozofię: chcę napić się dobrego piwa po zawodach i porozmawiać z kibicami w barze. Kocham pedałować na moim górskim rowerze kiedy mam dzień wolny od pracy. Jest kilka zjawisk, które są dla mnie bardziej istotne niż moje ego” – wyznaje Kevin. 

 

Coraz rzadziej występują w przyrodzie tacy osobnicy jak Doolie… 

 

Narowisty Kevin

 

Doolan nie może poszczycić się taką karierą jak jego utytułowani rodacy: Jason Crump, Leigh Adams, Ryan Sullivan, Todd Wiltshire, Chris Holder czy Darcy Ward, ale był moment kiedy brytyjscy promotorzy wierzyli, że Doolana stać na to, aby siać zamęt na międzynarodowej scenie żużla. Sześć punktów wywalczone w Vojens w finale indywidualnych mistrzostw świata do lat 21 przykuło uwagę Johna Perrina. Perrin słynął z niewyparzonego języka, a jako promotor Belle Vue Aces Manchester, sprawił, że nikt ich nie kochał, bo szeryf zawsze chlapnął o dwie pinty słów za dużo… 

 

John Perrin był jednak człowiekiem kochającym konkret: 10 dni po występie w Vojens Kevin Doolan już śmigał w meczu przeciwko King’s Lynn Stars. „Oczywiście, że pamiętam debiut w Anglii: 18 sierpnia 1999 roku. Pękł mi łańcuch, motocykl przefrunął nad bandą w premierowej odsłonie. Na szczęście fruwający bike nie wyrządził żadnej szkody kibicom: w tym miejscu nikt nie siedział na trybunach. „Ależ to nieokrzesany chłopak z tego Kevina – wykrzyczał wówczas John Perrin. Nie tylko na torze” – miał dodać ówczesny szef Belle Vue Aces. Oznaczało to, że w barze Kevin był jednym z najgłośniej bawiących się żużlowców. W kulturze anglosaskiej przyjęte jest za normę spotkanie kibiców z zawodnikami po meczu. Trzeba gdzieś „wyzerować zmysły”, a stadionowy bar jest najlepszą przystanią, aby wychwycić właściwy balans pomiędzy emocjami a wyciszeniem… 

 

„Z biegiem lat nauczyłem się dbałości o podzespoły. Łańcuchy sprzęgłowe rzadziej pękały, sprzęt już tak często nie zawodził, choć nigdy nie przewidzisz kiedy umrze twoja najlepsza kobyła… Taki urok żużla, że możesz zatrzeć najlepszy silnik podczas grzania motocykla… Moi mechanicy nie chcą, żebym ich zwalniał z pracy, bo byłem jednym z pierwszych w tym biznesie, który zatroszczył się o ich kolana. Moi chłopcy od zmiany kół i doboru zębatek już nie marzną na betonowej wyściółce!” – rechocze Kevin.

 

 

Kevin Doolan w ubłoconym kevlarze, w kasku niebieskim, w barwach Unii Tarnów (2008 rok) (fot. PAP)

 

Dziś Doolan przyznaje, że przybył do Anglii jak prawdziwy żółtodziób i nie miał pojęcia, że walka o chleb i punkty okażą się aż tak poważnym wyzwaniem. „Uważam, że pewien rodzaj arogancji był bardzo przydatny. Nie zadręczałem się myślami: gdzie dostanę szybkie silniki, u kogo będę spał i czy wystarczy na zakup opon. Wskoczyłem do samolotu, nie przejmowałem się czy ktokolwiek odbierze mnie z lotniska. Po prostu, bardzo chciałem jeździć na żużlu w Anglii. Ten rodzaj bezczelności pomógł mi w adaptacji. Szybko przystosowałem się do wyspiarskich warunków pracy. Babcia często powtarzała mi, że szybko przyswajam wiedzę, równie szybko jak whisky!” – zauważa Kevin. 

 

Ci, którzy znają go od podszewki jak jego rodzice, zgodnie twierdzą, że Doolan dźwiga w sobie moc konstruktywnego działania w najtrudniejszych chwilach. Ponadto najbliżsi Kevina przyznają, że jego długowieczność w sporcie ma źródło w filozofii jaką wyznaje Doolie: nie traktuje siebie nazbyt poważnie! „Nie wiem co sądzą na ten temat moi koledzy po fachu, ale ja zawsze przedkładałem ponad wszystko najczystszą radość z jazdy motocyklem. Sądzę, że aby nie zwariować i nie pracować od 9 do 17, tylko działać w rytmie dobowym, najlepsza dewiza brzmi: nie traktować siebie i świata ze śmiertelną powagą. Gdybym postępował inaczej pewnie wąchałbym już kwiatki! A tak, wciąż się ścigam na żużlu. Być może za śmieszne pieniądze, ale za to nie mam nerwicy i jestem w miarę normalny” – uśmiecha się Doolan, zdobywca tytułu drużynowego mistrza Premier League (dzisiejszej Championship) z King’s Lynn w 2006 roku. 

 

Doolan jest przykładem, że talent do pracy, zaangażowanie i pasja mogą zaprowadzić sportowca do świątyni rozkoszy. „Nie byłem wyjątkowo utalentowany, nie miałem znajomych w Anglii, dobrego sprzętu ani bogatych sponsorów. Ludzie, którzy mnie „zakotwiczyli” na Wyspach nie wiedzieli nawet skąd pochodzę. Dumą napawa mnie fakt, że utrzymuję się w niezłej formie sportowej przez 19 lat startów w Europie. Nie zgromadziłem bajońskiej fortuny, nie zdobyłem medalu mistrzostw świata, nie liznąłem Grand Prix, ale myślę, że żyję na takim poziomie, że 99% populacji może pomarzyć o komforcie jaki mnie otacza!” – podkreśla Australijczyk. 

 

Z dala od presji

 

Kevin Doolan to zręczny obserwator świata. Bagaż wieku sprawia, że wie jak reagować, aby nie wylądować w wariatkowie, tylko wciąż czerpać radość z uprawiania sportu. „Przez lwią część kariery pracowałem przez 24 godziny na dobę. Przez 7 dni w tygodniu bez skrawka taryfy ulgowej. Uważam, że uczciwie pracowałem na chleb. Dziś wychodzę ze strefy śmiertelnego porażenia i wiem kiedy mogę wziąć dzień wolnego, wsiąść na rower i nasycić oczy naturą… Jeżeli mam ochotę na kolację z przyjaciółmi, bez wahania opuszczam dom. Prędzej czy później, zabiorę europejskie wspomnienia i podzielę się wrażeniami z kumplami z Australii, ale póki co, nie ciągnie mnie jeszcze do krainy zwanej Down Under. Nie chcę chodzić do góry nogami!” – uśmiecha się Doolie. 

 

Zanim Kevin zacznie chełpić się przed kumplami z Shepparton jakim to on kozakiem nie był na europejskich torach (z przymrużeniem oka, rzecz jasna), czeka go jeszcze kilka wspinaczek na Starym Kontynencie. Być może skusi się na wyprawę do Słowackiego Raju? Slovensky Raj to królestwo wodospadów, roklin (wąskich górskich wąwozów), uroczego przełomu rzeki Hornad. Niewysokie góry, przepiękny park narodowy, blisko do Martina Vaculika, czemu nie? „Słyszałem, że Martin pracuje pod okiem Marosa Molnara – słynnego Słowaka, który dba również o kondycję czołowych hokeistów i tenisistów. W hokeja nie będę raczej grał, drugim Lleytonem Hewittem nie zostanę, ale chętnie odwiedzę Słowację, skoro można poturlać się po dzikich górskich ostępach i wykąpać w rzece pod bacznym okiem Cyganów!” – żartuje Kevin. 

 

Dziś wielu młodych Australijczyków oczekuje, że wyprawa do starej, poczciwej Anglii będzie miłą przygodą. Nic bardziej mylnego. To wyświechtany slogan, ale Wyspy Brytyjskie są dla młodych żużlowców egzaminem z życia. Nie ma mamy i taty w pobliżu, nie ma ucieczki od zaradności, obowiązków bez liku, a więc trzeba sobie radzić… Początkowa ekscytacja przeradza się w zwątpienie, młodym ludziom doskwiera samotność, a lód pod stopami robi się coraz bardziej kruchy. Co robić, aby nie popaść w rutynę i nie traktować speedwaya li tylko w formie biznesu?

 

„To z biegiem czasu staje się twoją pracą. Nie narzekam, bo nie muszę martwić się o finanse na obecnym etapie mojego życia. Nigdy nie byłem rozrzutny, szanowałem każdy grosik, więc wiem ile trudu włożyłem w spokój dnia dzisiejszego. Jednak zapewniam wszystkich, że opuszczając dom i udając się w trasę na żużlowy stadion, pieniądze nie są najsilniejszą motywacją. Przechowuję w sobie gen brzdąca. Żona Amy wciąż wypomina mi, że rozumuję niczym kilkuletnie dziecko! Gdybym postępował jak zimny, pozbawiony głębszych uczuć biznesmen, dawno spakowałbym manatki i wróciłbym do Australii! Speedway musi być pasją, inaczej nie ma sensu cały ten zgiełk… Owszem, nie lubię długich podróży, wiek daje się we znaki, nie przepadam za myciem motocykli, nie lubię ścigać nieuczciwych promotorów i upominać się o należne mi pieniądze. Z tych kilku powodów, nie ruszam się z ostoi spokoju i harmonii jaką jest rodzinny klub Berwick Bandits” – prawi Kevin, zwycięzca Four Team Championship (popularnych w Anglii czwórmeczy) z Workington Comets w 2009 roku i z Ipswich Witches w 2011 roku.

 

Dla maleńkiego klubiku jakim jest Berwick Bandits, sukcesy są na wagę złota. W 2002 i 2012 roku „Bandyci” z Berwick wygrali prestiżowe mistrzostwa „czwórek” – Premier League Four-Team Championship. Radości nie było końca. Klub operujący na obiekcie Shielfield Park docenia każdą namiastkę sukcesu. Doolie uwielbia klimat panujący w klubie. „Od 2014 roku nie ruszam się z Berwick. Nie szukam guza. Berwick Bandits to rodzinna atmosfera. Tu nikt mnie nie oszuka na funta, wypłacą mi wszystko co do pensa. Po nieudanym meczu nikt nie wiesza na mnie psów. Podchodzi promotor i mówi: Doolie, nie przejmuj się, za 3 dni wykręcisz rekord toru. I gra muzyka. Jeśli chcę, analizuję zaproszenie do startu w roli gościa i okazjonalnie startuję w innym zespole, ale trzon operacji i miejsce spoczynku mojej duszy jest tutaj, nieopodal Wału Hadriana. Młodzi zawodnicy ekscytują się słysząc o zawrotnych pieniądzach, a ja to chrzanię, bo wiem, że przystań pt. Berwick jest zacisznym miejscem. Tu nikt nie obiecuje gruszek na wierzbie, nikt nie mami deklaracjami bez pokrycia. Ile gotówki w skarbcu, tyle dla nas do podniesienia z toru. Poza tym, kolacja z pracownikami klubu, serdeczność malująca się na ich twarzach jest nie do oszacowania. Młodzież nie chce spojrzeć za horyzont. Młodzi żużlowcy nakładają na siebie nadmierną presję, bo nie dostrzegają ogromnego znaczenia psychologii. Im gorzej spisuje się twój sprzęt, tym większy ciężar spoczywa na twojej sferze mentalnej. Wówczas bardzo trudno jest się wydźwignąć z zapaści i uwierzyć, że szybkie fury niebawem powrócą…” – Kevin popada w lekką zadumę. 

 

 

 

Doolan dostrzega zmiany w swoim podejściu do życia. Przed laty bardzo rzadko widywał małżonkę Amy. Dziś coraz częściej spędza z nią czas. „Gdy byłem młodzieniaszkiem, włóczyłem się po Europie. Jeździłem w Szwecji, Danii, Polsce, Czechach i wpadałem do domu, aby ucałować Amy, przeczyścić gaźnik, zmienić skarpetki i ruszałem w trasę. Marynarz z Freemantle, tak o mnie mówiono! Dziś nie rozstaję się z moim rowerem i małżonką. Razem ruszamy na podbój szkockich wzgórz. Cudowne chwile. Mam o tyle łatwiej niż inni mężczyźni, którzy są w węźle małżeńskim, gdyż moja ukochana żona Amy wyrastała w rodzinie pozytywnych świrów! Jej dziadek, tata i brat ścigali się na żużlu, więc Amy wie czym to pachnie. Hej, powiem Wam w sekrecie: rozłąka jest dobra dla związku, bo wreszcie możecie za sobą zatęsknić!” – chichocze się Kevin. 

 

Czy tęskni za ojczyzną? Naturalnie, że kocha Australię, ale twierdzi, że wróci po 20 okrągłych sezonach spędzonych na europejskich torach. W Australii upały i plaże rozleniwiałyby go, więc zimę spędził w Zjednoczonym Królestwie. Śnieg, chłód, zmrok, a więc trzeba zakasać rękawy, ale jest motywacja, aby zadbać o kondycję. „Piwo w Australii zawsze będzie chłodniejsze niż w Anglii. Moi rodacy są uprzejmi i otwarci na świat, ale nie mogę narzekać na Wyspiarzy: zaznałem wiele ludzkiego ciepła w Anglii. W chłodnym europejskim klimacie dobrze się czuję. A nostalgia dopadła mnie ubiegłej zimy kiedy na miesiąc poleciałem z małżonką do Australii. Wówczas wracają wspomnienia, spotykam się z przyjaciółmi, odwiedzam kumpli… Wtedy przez moment kiełkuje myśl: ach, nie będzie tragedii jeżeli spóźnię się na samolot do zimnej Europy. Nie lubię otulać się kołdrą sentymentalizmu… Kiedy przezwyciężyłem romantyczne myśli, byłem wniebowzięty, gdyż tydzień po wylądowaniu w Anglii, już siedziałem na moim rowerku i pedałowałem przez zaśnieżone dukty Peak District z „bananem” na twarzy. Pomyślałem w stylu Adama Skórnickiego, wspaniałego człowieka i legendy Wolverhampton Wolves: co będę w domu siedział bez mojego roweru? Zatęskniłem za fish and chips z dodatkiem octu owiniętymi we wczorajszy egzemplarz „Daily Telegraph” i oto jestem na Wyspach! Kiedy zastygam w romantycznym uścisku z Panią Przyrodą i śmigam na rowerze, czasami dopadają mnie myśli w stylu: od 18 lat włóczę się po świecie w pogoni za emocjami i metanolem. Może pewnego dnia zmądrzeję i wydorośleję? Wystarczy jednak, że dotrę rowerem na przełęcz, popatrzę na góry i mówię sam do siebie: wydoroślejesz, Kevin? Jeszcze nie teraz!” – zaraźliwy śmiech stacza się z łoskotem ku dolinie. Nawet kamyki śpiące na 368-metrowym torze Berwick Bandits słyszą donośny śmiech Doolana i pląsają w oczekiwaniu na pierwszy kontakt z motocyklem…