Zacznijmy od pań. W finałach widzieliśmy sześć Polek i gdyby nie fakt, że obsada turnieju była słabsza niż w poprzednich latach, wynik pozwalałby wierzyć w lepsze jutro. Oczywiście cieszy wygrana Natalii Rok, która pokonała faworyzowaną Sandrę Drabik w wadze muszej (51 kg) i Elżbiety Wójcik, nieco lepszej w finale od Karoliny Łukasik w kategorii półśredniej (69 kg), ale na tym kończą się powody do zadowolenia. Sandra Kruk (57 kg) i Aneta Rygielska( 60 kg) przegrały decydujące walki, co gorsza nie robią spodziewanych postępów i na turniejach mocniej obsadzonych zapewne żegnać się z nimi będą wcześniej.

 

Panie nie mają w swoich szeregach takiej liderki jaką przed laty była obecna trenerka Karolina Michalczuk, jedyna polska mistrzyni świata w boksie olimpijskim. Kilka lat temu wydawało się, że będzie nią Wójcik, ale może jeszcze nie wszystko stracone. Tylko w jakiej wadze, 69 kg czy 75 kg? Decyzji w tej sprawie nie można jednak odkładać na ostatnią chwilę.

 

W turnieju panów mieliśmy jeden finał polsko-polski z udziałem Damiana Durkacza i Mateusza Polskiego w wadze lekkopółśredniej (64 kg) oraz Tomasza Niedźwiedzkiego, który przegrał wyraźnie finałowy pojedynek w kategorii ciężkiej (91 kg) z Nowozelandczykiem Davidem Nyiką. Karierę Niedźwiedzkiego śledzę od kilku lat i niestety nie widzę postępów. Potencjał wciąż jest, ale czas ucieka, bez skutecznej obrony szanse na sukcesy w poważnym boksie są niewielkie.

 

Ale o Durkaczu i Polskim można mówić tylko dobre rzeczy. Ich rywalizacja o miejsce w reprezentacji może przynieść medale na wielkich imprezach, oczywiście jeśli pójdzie w dobrą stronę. Mateusz Polski już takie medale zdobywał, Durkacz też, ale w młodszych kategoriach wagowych. Tym razem górą był 19-letni Durkacz, przed rokiem jedyny nasz reprezentant w finałach Turnieju F. Stamma. W ubiegłorocznym pięściarz ten sensacyjnie pokonał w półfinale brązowego medalistę ostatnich MŚ, Amerykanina Freudisa Rojasa. Finał wprawdzie przegrał z Kazachem Ibragimowem, ale pokazał spore możliwości.

 

Komentując w nocy z soboty na niedzielę galę ze Stockton zwróciłem uwagę na rówieśnika Durkacza, 19-letniego Gabriela Floresa Jr. Ten młody Amerykanin meksykańskiego pochodzenia już od trzech lat jest zawodowcem i lokalnym, niepokonanym bohaterem. W Stockton znokautował rywala z Brazylii i zaczyna już mówić o mistrzowskich pasach. Co ważne, na jego występ w rodzinnym, kalifornijskim mieście przyszło 10 tysięcy widzów. Zdecydowana większość z nich po walce Floresa Jr wyszła z hali, choć galę w Stockton kończył pojedynek mistrza świata wagi junior ciężkiej, Rosjanina Artura Beterbijewa z Bośniakiem mieszkającym od dwudziestu lat w USA, Radivojem Kalajdziciem.

W 2015 roku Flores Jr i Durkacz byli uczestnikami MŚ juniorów rozgrywanych w Sankt Petersburgu. Polak w wadze koguciej, Amerykanin w piórkowej. Durkacz nie zdobył wtedy medalu, a Flores Jr został wicemistrzem świata.

 

Ale to tak na marginesie. Piszę o Durkaczu, bo to jedna z najjaśniejszych postaci w polskim boksie olimpijskim. A że Mateusz Polski też nie powiedział ostatniego słowa, to dalszy ciąg tej rywalizacji zapowiada się niezwykle ciekawie. Jest też bardzo ambitny chłopak z Anglii, Ryszard Lewicki. Tam nauczył się boksu, tam mieszka i studiuje, ale o medale walczy w polskich barwach. W finale się nie znalazł, przegrał 2:3 z Nowozelandczykiem Emilem Richardsonem, ale stać go na więcej. Mam nadzieję, że wkrótce nam to pokaże.