Fazę grupową w poznańskiej Arenie biało-czerwone rozpoczęły od porażki z broniącą tytułu Litwą 72:79. Po zwycięstwie w drugim spotkaniu nad Jugosławią 81:74 przyszła przegrana w dramatycznych okolicznościach z Czechami 75:78 po dogrywce, co postawiło pod znakiem zapytania miejsce w czołowej czwórce grupy i awans do ćwierćfinału. Potem, po dniu przerwy, Polki już tylko wygrywały: z Bośnią i Hercegowiną 75:53 oraz Włochami 80:71, co dało im drugie miejsce w grupie B w Poznaniu i awans do fazy finałowej rozgrywanej w Katowicach.

 

- Pierwsze trzy mecze - dwie porażki, a potem już same zwycięstwa. Tak sobie myślę: jak mało drużyn podniosłoby się po takich przegranych - wspomina Elżbieta Nowak, nosząca wówczas po mężu nazwisko Trześniewska.

 

Po przeprowadzce do katowickiego Spodka drużyna trenerów Tomasza Herkta i Andrzeja Nowakowskiego w najważniejszym meczu pokonała w ćwierćfinale Chorwację 72:51. Najważniejszym, bo wygrana dawała polskim koszykarkom historyczny awans do igrzysk w Sydney (2000). Jak przyznaje ówczesny prezes PZKosz Kajetan Hądzelek, właśnie po to Polska starała się o organizację ME, żeby - po niepowodzeniach w przeszłości - wreszcie zagrać w turnieju olimpijskim. Plan został wykonany 4 czerwca.

 

W dwóch kolejnych dniach pozbawiona już jakiejkolwiek presji, doskonale przygotowana do turnieju reprezentacja biało-czerwonych poszła za ciosem i postarała się o przekroczenie planu. Po zaciętych, emocjonujących meczach, w których dyktowała warunki na boisku, pokonała w półfinale Rosję 66:61 i w finale Francję 59:56. Wywalczyła jedyny złoty medal dla polskiej koszykówki w seniorskiej imprezie i pierwszy w historii tytuł mistrza Europy dla Polski we wszystkich grach zespołowych.

 

Niekwestionowaną liderką zespołu była mierząca 218 cm, występująca już wówczas w lidze WNBA, środkowa Małgorzata Dydek - wybrana MVP turnieju, najlepsza strzelczyni (średnio 19,3 pkt) i trzecia zbierająca (9,4 zb.) imprezy.

 

- To właśnie było nasze szczęście. Zawsze podkreślam, że miałam przyjemność gry z kimś niebywałym - "Margo" Dydek. Taka osoba nie zdarza się często. Po niej nikt taki w reprezentacji już się nie pojawił. Kadrę tworzyła wtedy cała grupa bardzo zdolnych, utalentowanych dziewczyn, ale nie najmłodszych, bo miałyśmy po 25-29 lat, gdy sięgałyśmy po mistrzostwo - podkreśliła Nowak.

 

Małgorzata Dydek nie świętuje ze złotą drużyną kolejnych jubileuszy. W wieku 37 lat zmarła 27 maja 2011 roku w australijskim Brisbane, gdzie po zakończeniu kariery zamieszkała z mężem i dwójką synów. Osiem dni wcześniej miała atak serca w rodzinnym domu. Próba wybudzenia jej ze śpiączki farmakologicznej nie powiodła się.

 

- Była osobą, przy której wszystkie, jak przy piecu, mogłyśmy się grzać jej wewnętrznym ciepłem. Nigdy, przenigdy, grając wszędzie na świecie, nie dała nam odczuć cienia gwiazdorstwa, braku szacunku, respektu wobec pozostałych zawodniczek. Czekałyśmy na nią, a ona przywoziła nam świat. W torbie, w swojej głowie, w sercu. Opowiadała historie z Hiszpanii, ze Stanów i ligi WNBA, z Francji czy z Rosji. Wszędzie, gdzie się pojawiała, nas reprezentowała. Wszyscy ją znali - dodała Nowak.

 

W pierwszej piątce mistrzostw Europy w Polsce znalazła się także rozgrywająca Krystyna Szymańska-Lara, szósta zawodniczka imprezy wśród podających (3,3 as.). W trakcie imprezy poinformowano, że będzie druga Polką w WNBA, obok "Margo". Wyróżniającą się zawodniczką turnieju była także Trześniewska, drugi strzelec zespołu (13,4), która miała tyle samo zbiórek co młodsza z sióstr Dydek (9,4).

 

W podstawowym składzie Polski grały także rozgrywająca Sylwia Wlaźlak, reżyser boiskowych poczynań koleżanek oraz wyróżniająca się w obronie absolwentka uniwersytetu Berkeley Patrycja Czepiec, która miejsce w podstawowym składzie wywalczyła sobie już w trakcie turnieju.

 

Skutecznością z dystansu imponowała Joanna Cupryś, która trafiła dziewięć z 15 rzutów za trzy. Każda z zawodniczek, bez względu na liczbę minut spędzonych na parkiecie, była ważną postacią w zespole.

 

- W klubie każda była podstawowym graczem, ale kadra to kadra. Rządziła się innymi prawami. Decyzje trenera były poleceniami, wobec których nikt się nie buntował. Każdy wiedział, w którym miejscu jest i jaka jest jego rola - podkreśliła kapitan drużyny Ilona Mądra.

 

Sukces koszykarek był efektem zaplanowanej na trzy lata pracy, w której nie zaniedbano żadnego szczegółu. Trenera Herkta wspierał znakomity sztab fachowców, wśród nich doktor Grzegorz Biegański.

 

- W tamtych czasach jako pierwsi w grach zespołowych mierzyliśmy poziom kwasu mlekowego, kinazę spoczynkową. Do analizowania obciążeń treningowych stosowaliśmy metody biochemiczne i komputery - przypomina dziś szkoleniowiec złotej drużyny z Katowic.