No i po mundialu. Nasza młodzieżówka przegrała z Włochami i zakończyła swój udział w polskim turnieju zaraz po wyjściu z grupy z trzeciego miejsca. Zespół właściwie przestał istnieć. Niesmak jednak pozostał. Ten występ będzie nam się kojarzyć z bezradnością naszych nadziei, brakiem kreatywności i umiejętności technicznych poszczególnych zawodników. A to jest dużo bardziej ponura prawda o polskiej piłce młodzieżowej niż same wyniki.

 

Trener Jacek Magiera mówił przed turniejem, że będzie on dla jego graczy odpowiedzią na pytanie, który z nich może się w niedalekiej przyszłości liczyć w wielkiej piłce. Jeśli chodzi o graczy ofensywnych, odpowiedź jest banalnie prosta. Żaden. Ani w polskiej reprezentacji, ani w niemieckiej, żeby być precyzyjnym i odnieść się do słów Marcela Zylli, który podobno wciąż się waha dla kogo w przyszłości chciałby zagrać. 

 

Jeśli ktoś narzeka na naszego rozgrywającego w pierwszej reprezentacji Piotra Zielińskiego i kręci nosem, że wciąż nie jest graczem, którym powinien być, to niech rzuci okiem na tych nieszczęsnych dwudziestolatków. Przecież dla piłkarzy na pozycji Zielińskiego problemem było przyjęcie piłki bez natychmiastowej straty lub zagranie jej na kilka metrów do najbliższego partnera. 

 

Spośród defensywnych graczy jako takie wrażenie pozostawili po sobie Bartosz Slisz i Sebastian Walukiewicz, bardzo dobry jest też bramkarz Radosław Majecki i… tyle. To jest naprawdę za mało. Jeśli chodzi o potencjał piłkarski, to bieda w tej grupie aż piszczy. Oczywiście nasi biegali, walczyli, wytrzymali kondycyjnie, potrafili jak we wcześniejszym meczu mnóstwo piłek odbierać rywalom w środkowej strefie boiska. Ale nie byli w stanie nic z tym zrobić. Nawet wówczas gdy zmęczony rywal słaniał się na nogach nie potrafili skorzystać ze swojej przewagi fizycznej i doprowadzić do remisu. Żadnego boiskowego cwaniactwa, żadnego błysku, jakiejś indywidualności, która wzięłaby sprawy w swoje ręce, żadnej próby szalonej szarży, piłkarskiego tupetu, sportowej bezczelności…

 

Podczas tego turnieju właściwie padł mit o tym, że czymś co powoduje, że odstajemy od rywali jest tzw. intensywność gry. Otóż podczas tego turnieju nasi grali bardzo intensywnie. Ale nie grali w piłkę. Tego nam właśnie najbardziej brakowało. W tym całym nowoczesnym zadęciu, taktycznych bajerach, rozbudowanych sztabach trenerskich, obserwacjach rywali, dronach, laptopach umyka coś co jest istotą tematu. Rzeczą fundamentalną, czyli po prostu umiejętnością gry w piłkę. Czegoś czego żaden selekcjoner nie nauczy, bo to należało zrobić wcześniej. A skoro to byli nasi najlepsi gracze przesiani już przez nasze sito szkoleniowe i w dużej mierze także system niemiecki, bo wielu graczy było powołanych "z odzysku" to… można chyba tylko usiąść i zapłakać. 

 

I natychmiast wziąć się do roboty. Bo gdzie jest ten Narodowy Model Gry? Gdzie są te systemy szkoleniowe, gdzie są tego efekty? Obraz, który widzieliśmy podczas turnieju, który dla nas się już zakończył to lustrzane odbicie wieloletnich zaniechań na różnych szczeblach i różnych instytucji. Zaczynając od PZPN poprzez państwo, na klubach kończąc.

 

I jeszcze jedno. Naiwnością jest twierdzenie, że trafił nam się wyjątkowo nieutalentowany rocznik i oczekiwanie, że niepowodzenie ekipy Jacka Magiery zostanie powetowane występem starszej kadry U-21 Czesława Michniewicza podczas mistrzostw Europy we Włoszech. Oby tak się stało, to jest piłka młodzieżowa, dużo bardziej nieprzewidywalna niż ta seniorska. Przypomnę jednak, że europejski turniej stoi na dużo wyższym poziomie niż mundial, nie ma w nim takich słabeuszy jak Tahiti czy Honduras, a my trafiliśmy do „grupy śmierci” z Hiszpanią, Włochami i Belgią.