10 czerwca Portugalczycy obchodzą swoje narodowe święto. Znane jako Dzień Portugalii albo Dzień Camoes, czyli nie tylko tego kraju, ale i całej wspólnoty państw portugalskojęzycznych. Data ta ma związek z dniem śmierci Luisa De Camoesa, pisarza i poety, który m.in. napisał epos narodowy, wychwalający sukcesy narodu i jego bogatą historię.

 

Triumf reprezentacji prowadzonej przez Fernando Santosa idealnie komponuje się więc nie tylko z kalendarzem – przecież nie pod ten dzień ustawiano finały UEFA Nations League. Ale i z wielokulturowością tego pięknego kraju, który od dawna w sporcie korzysta także z potomków mieszkańców portugalskich kolonii. Jeden z nich, Eusebio, należy do jednych z najważniejszych postaci w historii całego światowego futbolu. Czy o niedzielnym pokonaniu reprezentacji Holandii w dużej mierze nie zadecydowali Danilo Pereira urodzony w Gwinei Bissau oraz William Carvalho, który przyszedł na świat w stolicy Angoli Luandzie?

 

W pomeczowych wywiadach podkreślał to zarówno selekcjoner „Oranje” Ronald Koeman, jak i muszący z nimi walczyć, często bezskutecznie, najlepszy młody piłkarz imprezy Frenkie De Jong.

 

Na te kilka dni cała Portugalia zjednoczyła się w jednym celu. Pomocy swoim piłkarzom w odniesieniu sukcesu. Mimo że trzy lata temu narodowy zespół został mistrzem Europy, ciągle pamięta się tu o EURO 2004 i sensacyjnej finałowej porażce z Grecją. W niedzielę już o tym zapomniano. Kraj, dość często podzielony między bardziej prestiżowe i kojarzone z Lizboną i wybrzeżem Algarve południe a nieco skromniejszą północą, był przez te kilka dni razem.

 

Nawet wśród piłkarzy,  których miejsce urodzenia często było powodem do uszczypliwości i sporów, zapanowała pełna koncentracja na wyznaczonym celu. Portugalia wygrała ten turniej nie tylko indywidualnościami. Ale i niezwykłą pracą każdej formacji i zespołowością. A radość po meczu była tak wielka, że do strefy wywiadów dotarł jedynie… Ruben Neves, który w finale zagrał tylko przez niewiele ponad 60 sekund. Reporterzy wielu telewizji musieli po raz kolejny obejść się ze smakiem. Cristiano Ronaldo się do nas nie pofatygował. Choć powinien. Jako kapitan zwycięzców.

 

Przegrani Holendrzy nie sprawiali wrażenia bardzo załamanych. Kończący się sezon był dla całej niderlandzkiej piłki fantastyczny, poza tym w niedzielę przegrali z zespołem tego dnia wyraźnie lepszym. Na zmęczenie sezonem nie narzekali też Anglicy, którzy wspierani byli, jak zawsze, przez tysiące fanów. Wielu z nich trafiło tu bezpośrednio z finału Ligi Mistrzów, na początku trochę narozrabiali, ale pod koniec tygodnia chyba już zmęczenie dało znać o sobie. Od kilku dni już nie śpiewali, cicho popijali piwo na malowniczych bulwarach i uliczkach Porto, a jeszcze w poniedziałek z balkonów wynajętych tu pokoi powiewały białe flagi z krzyżem świętego Jerzego i nazwami miast angielskich klubów.

 

Zadowoleni byli też Szwajcarzy, bo mimo zajęcia czwartego miejsca, znów pokazali, że są w stanie rywalizować z europejską czołówką.

 

Finały Ligi Narodów swój cel więc osiągnęły. Zarobiła cała Portugalia, nie tylko jej reprezentacja, która za tytuł zgarnęła 10 milionów euro. Turyści odwiedzający częściej południową część kraju poczuli atmosferę północnego wybrzeża, mogli zobaczyć pełną bazylik i kościołów Bragę czy „Wenecję Południa” Aveiro. Narzekać na te rozgrywki zatem nie sposób. Choć mam wrażenie, że robili to głównie ci, którym w fazie grupowej niespecjalnie się wiodło. Ale im nie dane było przeżyć tych kliku wspaniałych dni w Portugalii.    

 

WYNIKI LIGI NARODÓW