Tyson Fury powoli oswaja Amerykę, a to wcale nie jest łatwe. Jego ostatni pojedynek z Tomem Schwarzem (24-1-0, 16 KO) w Las Vegas nie cieszył się zbyt dużym zainteresowaniem, Grand Garden Arena nie pękała w szwach, choć były król wagi ciężkiej starał się jak mógł. Tańczył, śpiewał, a wcześniej znokautował Niemca, szerzej nieznanego w bokserskich kręgach.

 

Jego rewanż z Wilderem, to oczywiście co innego. Ich pierwsza walka z Los Angeles była przecież mega interesująca. Fury leżał dwa razy, za drugim razem był prawie znokautowany, ale wstał i jeszcze ruszył do ataku. Zrobił wrażenie na ekspertach i częściowo na sędziach, bo wypunktowano remis, ale do podboju Ameryki jeszcze daleko.

 

Dlatego przed rewanżem, koniecznie na amerykańskiej ziemi musi raz jeszcze wyjść do ringu. Ze sportowego punktu widzenia dobrze by się stało, by przeciwnik prezentował  najwyższy poziom, ale już z biznesowego nadmierne ryzyko nie jest wskazane. Anthony Joshua wybrał Andy Ruiza Jr i kiepsko na tym wyszedł. Zapełnił wprawdzie nowojorską Madison Square Garden, ale został znokautowany. Sport wygrał, ale biznes przegrał, bo teraz Joshua stoi nad przepaścią. Jeśli przegra rewanż, to już po nim i setki milionów dolarów, które miały przynieść jego kolejne zwycięskie walki przepadną.

 

Fury też może się potknąć, więc jego promotorzy dmuchają na zimne. Bob Arum wierzy, że dwa kolejne pojedynki Anglika z Wilderem wygenerują kupę forsy. To będzie trylogia, wynik w drugiej walce, planowanej na 22 lutego 2020 roku niczego jeszcze nie przesądzi, tylko zachęci do obejrzenia trzeciej. Ale wcześniej trzeba uważać.

 

Zaskakuje jednak osoba Jarrella Millera (23-0-1, 20 KO), który najpierw pojawiła się w kontekście październikowego starcia z Furym. Kolega Adama Kownackiego zapewne nie dostanie licencji, bo jest przecież zawieszony na pół roku po dopingowej wpadce z kwietnia tego roku. Wpadł przygotowując się do walki z Joshuą. Ostatecznie zastąpił go Andy Ruiz Jr i doprowadził do trzęsienia ziemi. Miller do podobnego kataklizmu  nie doprowadzi, bo po pierwsze wszystko wskazuje na to, że jednak nie dostanie szansy, by zmierzyć się z „Królem Cyganów”,  a po drugie to na razie cień tego mocarza, który znokautował Tomasza Adamka.

 

Wygląda na to, że w tej sytuacji wybór padnie na 29 letniego Trevora Bryana (20-0,14 KO), choć na razie to też nic pewnego. Amerykanin ze stanu Nowy Jork nie powinien 5 października zagrozić Anglikowi, który zapewne znów będzie musiał tańczyć i śpiewać, by zainteresować swoją osobą amerykańskich kibiców. I znając go wywiąże się z tego perfekcyjnie przy okazji wygrywając z niepokonanym dotychczas Bryanem.

 

Jest jeszcze jedno pytanie: co z walką Wilder – Ortiz? Jeśli Kubańczyk będzie w takiej formie, jak w ich pierwszej walce, to Los Angeles może zadrżeć. Biorąc pod uwagę, że to podatny na wstrząsy teren, nie można takiego scenariusza wykluczyć. Czyżby i w tym przypadku wchodziło w grę jakieś bezpieczniejsze rozwiązanie? Na razie nic mi o tym nie wiadomo, ale w boksie wszystko jest przecież możliwe.