Wszyscy mają ważniejsze sprawy

 

Prawie dokładnie 27 lat temu - 8 sierpnia 1992 roku w Barcelonie - amerykański Dream Team w koszykówce zdobył złoty medal olimpijski, a świat zobaczył najlepszą drużynę w historii igrzysk. Michael Jordan, Larry Bird, Scottie Pippen, David Robinson, Charles Barkley, Karl Malone, Patrick Ewing i ich koledzy zmęczyli się bardziej rozdawaniem autografów niż wygrywaniem meczów i już wtedy wiadomo było, że takiego drugiego Zespołu Marzeń nigdy nie będzie. Ale, że będzie tak źle jak jest teraz, nikt  się nie spodziewał. Z dwudziestu zaproszonych do gry w kadrze USA koszykarzy z National Basketball Association, w ciągu zaledwie trzech tygodni od powołania, zostało tylko...dziewięciu. Tych najsłabszych. 

 

LeBron James (LA Lakers, Steph Curry (Golden State Warriors), James Harden i Russell Westbrook (obaj Houston Rockets) nawet nie szukali wymówek, tylko przeprosili Popovicha i podziękowali za zaproszenie bo są "zajęci przygotowaniem do sezonu". Dziś trójka z tej czwórki największych gwiazd (wcześniej każdy z nich wyrażał zainteresowanie grą w reprezentacji) odpoczywa na wakacjach, więc te "przygotowania" traktują raczej na luzie. Kilka tygodni później podziękowali za współpracę Damian Lillard (Portland Trail Blazers), bo właśnie wydał nową płytę rapową, a kolejny - Anthony Davis (LA Lakers) - nie czuje się w pełni zdrowy.

 

W skrócie: ci, którzy do Chin na mistrzostwa świata NIE POJADĄ - nie mieliby żadnych problemów, żeby wygrywać każdy mecz z tymi, których kibice będą mogli oglądać na chińskich parkietach. Nie przesadzam: z jedenastu graczy, którzy w minionym sezonie byli w drużynach All NBA, zobaczymy w kadrze tylko jednego: Kembę Walkera.

 

2019 jak 1990, a koszykówka to nie piłka nożna

 

Najczęstsze pytanie, które mam od kibiców koszykówki: jak to możliwe, że w piłkarskich mistrzostwach świata grają wszyscy najlepsi, a Amerykanie robią łapankę do reprezentacji w koszykówce? Odpowiedź jest prosta: w przypadku Lewandowskiego, Messiego czy Ronaldo, udział w mistrzostwach przekłada się na rozszerzenie swojego "brandu", premie od sponsorów, a przede wszystkim chwałę bycia mistrzem świata, coś o czym mówi się przez generacje.

 

Udział w mistrzostwach świata w koszykówce dla gwiazd NBA, to ból głowy, żadne pieniądze i żadna chwała, bo przecież wiadomo, że jesteśmy i tak najlepsi. I to nie tylko przypadek reprezentacji USA. Zespół Kanady powołał na mistrzostwa siedemnastu koszykarzy grających w NBA, a dziś z tej listy zostało pięciu. 

 

W latach dziewięćdziesiątych, koszykarze NBA mówili wprost - rozgrywki międzynarodowe, reprezentacja nas nie interesują bo pieniądze zarabiamy w lidze. Pytanie czy we wrześniu zobaczymy najgorszą drużynę Stanów Zjednoczonych podczas piętnastoletniej pracy Jerry Colangelo w roli szefa USA Basketball, jest pytaniem mega retorycznym.

 

W 2014 roku, podczas mistrzostw świata w Hiszpanii, tamtą drużynę nazywano drugą, a może trzecią reprezentację USA. A wtedy grali w niej między innymi James Harden, Anthony Davis, Kyrie Irving czy Steph Curry - każdy z nich jest lepszy od najlepszego gracza, którego będzie miał do dyspozycji Gregg Popovich.

 

Z Tokio problemu nie będzie 

 

Ci dobrzy "zastępcy" też się do reprezentacji na Chiny nie pchali, bo wiedzą, że udział w mistrzostwach świata wcale nie jest jednoznaczny z przyszłorocznym wyjazdem na Igrzyska do Tokio w koszulce z napisem "USA". Bo za rok problemów z naborem gwiazd z NBA nie będzie - udział w igrzyskach się koszykarzom klasy LeBrona, Davisa czy Curry’ego opłaci. Na Tokio sponsorzy położą ekstra miliony do dyspozycji, ale mistrzostwa świata? Nie, dziękujemy.