26-letniego Cielepały nie znali nawet nowi trenerzy kadry narodowej, gdy ich o niego pytałem, a przecież bokser z Malczyc wygrał ubiegłoroczne mistrzostwa Polski w wadze superciężkiej. Mierzący 180 cm Cielepała, ważący niewiele powyżej 90 kg pokonał tam naszych kadrowiczów, między innymi Kamila Bodziocha (dziś zawodowca), a  w finale chłopa na schwał (200 cm, 116 kg), aktualnego reprezentanta, Adama Kulika.

 

O Cielepale słyszeli tylko zagorzali sympatycy polskiego boksu amatorskiego. Ale gdy pojawił się pomysł Krystiana Każyszki, by zorganizować turniej wschodzących gwiazd wagi ciężkiej z nagrodą 100 tysięcy złotych dla zwycięzcy plus zawodowy kontrakt, o polskim Tysonie z Malczyc zrobiło się głośno. Między innymi dlatego, że nikt nie chciał z nim walczyć. Ostatecznie znalazł się odważny zza wschodniej granicy, Sasza Pawliuk, ale szybko został poddany. Kiedy więc przyszło szukać rywala dla Cielepały na sobotnią  galę w Kałuszynie problem był podobny. Tym razem z okazji skorzystał Chruślicki, który do boksu wrócił po latach, choć wydawało się, że walka w Kałuszynie ma jednego faworyta.

 

Ci, którzy oglądali wiedzą, że było odwrotnie. Starszy, większy i cięższy Chruślicki posłał Cielepałę trzykrotnie na deski nokautując już w pierwszym starciu.

 

Ale czy to oznacza, że mamy innego kandydata na mistrza wagi ciężkiej, tym razem nie z Malczyc tylko z Nowego Sącza? Nic bardziej błędnego. Na takich jak Cielepała, czy Chruślicki nie zbudujemy potęgi polskiego boksu. Ale dzięki takim jak oni, nie powinniśmy mieć złudzeń, że metody jakimi próbujemy ją budować od lat nie przynoszą rezultatu. Warto, by ktoś z góry nad tym wreszcie się zastanowił i coś z tym zrobił. No bo jeśli Cielepała, który tak naprawdę nie umie boksować (choć ma sporo naturalnego talentu) wygrywa z najlepszymi w Polsce, a później jest nokautowany przez kolejnego pięściarza, który kadrę narodową zna tylko ze słyszenia, to znaczy, że jest naprawdę coś nie tak.

 

A skąd tytułowe porównanie z Łomaczenką?

 

Ano stąd, że Ukraińcy pokazali, że można w krótkim czasie (po rozpadzie ZSRR) dojść do sukcesów zarówno w boksie amatorskim, jak i zawodowym. Pierwsze złoto za sprawą Władimira Kliczki zdobyli już w 1996 roku w Atlancie, a cztery lata później w Sydney medali (ale bez złota) mieli już pięć, w tym dwa srebrne. Pamiętam doskonale MŚ w Belfaście (2001) na których byłem i tak się złożyło, że wracałem do Warszawy z częścią ukraińskiej ekipy. Ukraińscy pięściarze zdobyli tam 7 medali (cztery srebrne i trzy brązowe), my żadnego. Ich trenerzy byli gotowi przyjechać do Polski i pracować z naszą kadrą. Mówiłem o tym ówczesnemu prezesowi PZB, tłumaczyłem, że to wielka szansa dla obu stron. Nie skorzystał z pomysłu.

 

Nie wiem, czy przyjechałby do nas Anatolij Łomaczenko, ojciec Wasyla, ale na Ukrainie nie tylko on wie jak trenować bokserów. Inna sprawa, że konkretnie ten szkoleniowiec dokonał wielkich rzeczy. To przecież on poprowadził syna, najpierw do złotego medalu na igrzyskach w Pekinie, a cztery lata później oprócz Wasyla na najwyższym stopniu olimpijskiego podium stanął też Ołeksandr Usyk. Z medalami z Londynu wrócili też Denys Berinczyk (srebro) oraz Ołeksandr Gwozdyk i Taras Szełestiuk (obaj brąz). Ukraina zajęła wtedy drugie miejsce w klasyfikacji medalowej, przed Kubą i Rosją. Przegrała tylko z Wlk. Brytanią.  

 

A trójka ukraińskich medalistów (W. Łomaczenko, Usyk i Gwozdyk), to dziś aktualni zawodowi mistrzowie świata. Najwięcej mówi się o Wasylu, który zaczynał od mistrzostwa świata kadetów, by później przejść modelową drogę po najwyższe laury, najpierw w boksie amatorskim, a teraz zawodowym, ale Usyk nie jest gorszy, znakomitym zawodowym pięściarzem jest też Gwozdyk, który znokautował Adonisa Stevensona i odebrał mu pas WBC w wadze półciężkiej.

 

Ukraińcy odnieśli sukcesy, bo boksu uczyli ich ludzie znający się na rzeczy. Tak też jest w innych krajach, które idą podobną drogę. U nas o wszystkim wciąż decyduje przypadek, a o systemie można tylko pomarzyć.  

 

I najczęściej kończy się tak, jak w przypadku Cielepały, któremu życzę jak najlepiej. I radzę mu jednak, by w przyszłości, jeśli zdecyduje się zarabiać na chleb za pomocą pięści spróbował jednak swych sił w wadze junior ciężkiej. W ciężkiej, szczególnie na arenie międzynarodowej, będzie mu ciężko. Przy swoich skromnych warunkach musiałby mieć cios jak Tyson, a przecież nie ma. A co do Mike’a Tysona, on naprawdę potrafił boksować, technicznie był znakomity. Warto o tym pamiętać.