Przez chwilę wydawało się, że Eddie Hearn będzie musiał albo poszukać nowego miejsca dla tego pojedynku, albo spotkać się z Andy Ruizem Jr w sądzie. Amerykanin meksykańskiego pochodzenia wypowiadał się bowiem głośno, że do Arabii Saudyjskiej na rewanż nie poleci. Szybko jednak zmienił zdanie, otrzyma bowiem kilka milionów dolarów więcej. Dalej jest pewny zwycięstwa, uważa że znokautuje Joshuę tak jak w ich pierwszym pojedynku, 1 czerwca w nowojorskiej Madison Square Garden.

 

Nie ulega wątpliwości, że to będzie walka o największym ciężarze gatunkowym. Po sensacyjnej wygranej w MSG do Ruiza Jr należą trzy pasy (IBF, WBA, WBO) w wadze ciężkiej i jeśli 7 grudnia potwierdzi swą dominację nad Anglikiem nigeryjskiego pochodzenia, to myślę że śmiało można będzie ogłosić go królem tej cieszącej się ogromnym zainteresowaniem i prestiżem kategorii, choć Deonaty Wilder czy Tyson Fury i tak będą mieć w tej kwestii inne zdanie.

 

Dla Joshui z kolei będzie to pojedynek z rodzaju „być albo nie być”. Po raz pierwszy w karierze stanie na skraju przepaści. Porażkę w Nowym Jorku tłumaczy przypadkowym ciosem, a wielu ekspertów traktuje ją jako wypadek przy pracy. Problem w tym, że to nie był jeden szczęśliwy cios Ruiza Jr, tylko od pewnego momentu pełna dominacja. Joshua padał na deski kilka razy i po zastopowaniu pojedynku nie bardzo wiedział, gdzie jest.

 

Owszem, ma wystarczająco dużo argumentów, by wygrać rewanż, ale to nie jest przypadek Lennoxa Lewisa nokautowanego przez Olivera McCalla, czy Hasima Rahmana. Tam faktycznie były pojedyncze ciosy, które kończyły ich pierwsze pojedynek. W obu przypadkach, choć diametralnie różnych, Lewis wygrał rewanżowe walki bezdyskusyjnie.

 

Jeśli więc Joshua wróci na tron w podobnym stylu, to z pewnością z miejsca odżyje temat jego rywalizacji z Wilderem i Tysonem Furym. Jeśli jednak przegra, to waga ciężka będzie wyglądać inaczej, nie wiemy tylko jaką rolę będzie już odgrywał w niej mistrz olimpijski z Londynu. A takiego scenariusza nie można przecież wykluczyć.

 

Chociażby dlatego rewanż w Arabii Saudyjskiej, kraju postrzeganego nie bez racji jako ten, który łamie prawa człowieka, będzie z wielu względów, nie tylko czysto sportowych, wielkim, budzącym ogromne zainteresowanie wydarzeniem.

 

Jeśli jesteśmy przy wadze ciężkiej: bardzo ciekawie zapowiada się też rewanż Wildera z Luisem Ortizem. Miejmy nadzieję, że dojdzie do niego jeszcze w tym roku, bo za chwilę Kubańczyk tak się zestarzeje, że taka konfrontacja nie będzie mieć sensu. A tak może być bardzo ciekawie, choć megahitem raczej nie będzie.

 

Co innego starcie Canelo Alvareza z Siergiejem Kowaliowem. Platforma DAZN, która zawarła z Meksykaninem kontrakt na 365 mln dolarów chce jednak trzeciej walki z Giennadijem Gołowkinem, ale Alvarez odwleka tę konfrontację. Marzy mu się tytuł w kolejnej kategorii. Był już mistrzem wagi superpółśredniej i superśredniej, jest urzędującym czempionem kategorii średniej, a gdyby pokonał Rosjanina miałby pas w WBO w półciężkiej.

 

Kowaliow ma określoną markę na amerykańskim rynku, stoczył przecież dwie głośne walki z Andre Wardem, a wcześniej pokonał między innymi Bernarda Hopkinsa.

 

Saul Alvarez chciałby walczył już w listopadzie, ale Kowaliow wolałby mieć dłuższą przerwę po ostatnim ciężkim pojedynku z Anthonym Yardem, a później czas na solidne przygotowania do walki z Canelo, za którą zarobi fortunę.

 

Bardzo ciekawie zapowiada się też unifikacyjne starcie innych, niepokonanych rosyjskojęzycznych mistrzów tej kategorii, Ołeksandra Gwozdyka i Artura Bietierbijewa. Ukrainiec ma pas WBC, który w grudniu odebrał Adonisowi Stevensonowi, a Rosjanin jest czempionem organizacji IBF. Do tego starcia dojdzie 18 października i trudno wskazać faworyta. Wynik jest sprawą otwartą, ale walka powinna być znakomita.

 

Podobnie jak pojedynek zakontraktowany na 5 października pomiędzy Giennadijem Gołowkinem i Ukraińcem Siergiejem Dieriewianczenką. Stawką będzie pas IBF, nie tak dawno jeszcze należący do Kazacha. Tu faworytem jest „GGG”, ale Dieriewianczenko to znakomity pięściarz, Gołowkina czeka więc trudna przeprawa.

 

Tydzień później w Chicago Ołeksandr Usyk zadebiutuje w wadze ciężkiej. Ukraiński król niższej kategorii, zwycięzca turnieju WBSS, miał walczyć z Carlosem Takamem, ale ten zmienił zdanie i Usyk chyba zdecyduje się na pojedynek z niepokonanym, byłym kickbokserem, Tyrone Spongiem, który właśnie odprawił kolejnego rywala nokautując w meksykańskiej Meridzie Jeysona Mindę.

 

Gorąco będzie też 28 września, gdy na gali w Los Angeles do ringu wyjdą Errol Spence Jr, mistrz IBF wagi półśredniej i czempion WBC tej kategorii Shawn Porter. Zobaczymy tam również Anthony Dirrella, mistrza WBC wagi superśredniej, który zmierzy się z Davidem Benavidezem, byłym posiadaczem tego pasa.

 

Polska jesień tak gorąca nie będzie, choć walki niepokonanych, Roberta Parzęczewskiego czy Łukasza Wierzbickiego warto obejrzeć pod kątem przyszłości jaka ich czeka. Wraca też Patryk Szymański, który po porażce z Robertem Talarkiem zapowiadał zakończenie kariery, ale uznał że jest jeszcze zbyt młody, by nie walczyć o marzenia. Ale to jeszcze nie jest ekstraliga zawodowego boksu, choć w przypadku Parzęczewskiego dystans jaki dzieli go od czołówki wagi superśredniej może okazać się mniejszy niż sądzimy.