Duńczyk marzy o wielkich sukcesach na arenie międzynarodowej. Pragnie w przyszłości awansować do cyklu Speedway GP jako w pełni ukształtowany żużlowiec. W Anglii mieszka w tym samym mieście co Samuel Peter Masters. Praktycznie są sąsiadami na wzór bohaterów znakomitego czechosłowackiego serialu „Chalupari”. Na Wyspach Klindt i Masters mieszkają w jednym miasteczku w odległości nie większej niż park maszyn w Ostrowie Wielkopolskim i trybuna główna stadionu. „Nicolai nawet jeżeli jest moim przeciwnikiem, zawsze ściga się czysto. To klasowy rywal. W Anglii walczymy, bo ja jeżdżę w Wolverhampton, a Nicolai w Poole, ale nigdy nie dochodziło do spięć czy konfliktów. Klindt zostawia miejsce rywalowi” – mówi Sam Masters, który w listopadzie zostanie tatą. Synek nie będzie jeździł na żużlu – to już postanowione w rodzinie kangurów. Masters prędzej zabierze go na pole golfowe lub kort tenisowy. A Klindt bardzo długo wymieniał uwagi z Mariuszem Staszewskim na godzinę przed rozpoczęciem finału. Duńczyk był piekielnie szybki na dystansie, a przed kamerą lśnił elokwencją. „Dawno nie obejrzałem filmu z moim ulubionym aktorem – Denzelem Washingtonem. Uwielbiam go, bo on doskonale przygotowuje się do każdej roli. Jest wybitny w swoim fachu. Na forum piłkarskim od lat jestem wiernym fanem drużyny z Liverpoolu. Oszalałem ze szczęścia, gdy w poprzedniej edycji Champions League (1 czerwca) piłkarze z Liverpoolu sięgnęli po zwycięstwo pokonując Tottenham. Mam nadzieję, że pójdziemy w ślady podopiecznych Jurgena Kloppa i wygramy finał Nice I ligi z PGG ROW Rybnik” – wyznał Klindt. 

 

Póki co, ostrowianie są jedną nogą w PGE Ekstralidze. Niby dwa oczka to nikła zaliczka, ale w speedwayu różne cuda się zdarzały… Masters błyskawicznie skonsumował kolację, bo wieczorem czekał go lot z Wrocławia do Anglii. Gdyby mógł, zostałby dłużej w Ostrowie Wielkopolskim i porozmawiał o okresie Polski Ludowej, bo fascynuje go komunizm i walka Polaków z reżimem. W trzecim wyścigu Masters miał namiastkę PRL-u kiedy do bandy przygwoździł go Tomasz Gapiński. „Gapa” był równie bezlitosny jak kolejkowicz walczący o wołowinę bez kości w końcówce lat 70-tych… Do Ostrowa Sam przyleciał zmęczony, bo w sobotę przed starciem z PGG ROW Rybnik ścigał się pod Wałem Hadriana w Berwick. Z osady „Bandytów” zabrał go „Sedgy” – Justin Sedgman, który jest mechanikiem Mastersa w Anglii. Szczypta snu i lot z Liverpoolu do Wrocławia. Spacer przez ostrowski ryneczek kole południa, uśmiech na twarzy i 6 plus 2 bonusy w finale. „Nie narzekam na cygański tryb życia. Przyzwyczajam się do krótkiego snu. Niebawem będę tatą” – rzekł Sam. Powodzenia, Aussie boy!

 

Po silniki do Rysia Małeckiego

 

Pikanterii finałowej potyczce przydaje fakt, że kapitan PGG ROW Rybnik pognał z silnikami do… Ostrowa Wielkopolskiego. Nad Ołobokiem pracuje wielu uznanych tunerów: chociażby Jarek Krawczyk i Ryszard Małecki. Właśnie do drzwi warsztatu Rysia Małeckiego zapukał Kacper Woryna. Maestro Rysiu przygotował wyjątkową furkę dla Woryny. Szkopuł w tym, że jak przyznał sam Kacper „trzeba jeszcze uwolnić potencjał z jednostki napędowej. Od trzeciego startu pojąłem w czym rzecz i operacja się udała” – wyznał kapitan PGG ROW Rybnik.

 

To istny przeplataniec dla rybniczan. Z jednej strony lepiej, że jadą drugi mecz finałowy na własnym torze, bo można łatwiej odrobić straty. Z drugiej wciąż w głowie siedzi ubiegłoroczny dwumecz z ekipą ze Ściany Wschodu. Co prawda Robert Chmiel przyznał, że już zapomniał o fiasku sprzed roku, ale w kierownictwie klubu pamięć o potyczkach z Lublinem wciąż nie wygasła. Piotr Żyto wcale nie miał łatwego wyboru, bo Linus Sundstroem zajął drugie miejsce w memoriale Lubosa Tomicka w Pradze, a Dan Bewley, choć dysponuje ogromnym talentem, wciąż nie jest pewniakiem w składzie. Menedżer PGG ROW Rybnik postawił na Brytyjczyka, ale chyba najmilej zaskoczył go Troy Matthew Batchelor. Australijczyk pojechał jak na mężczyznę przystało. Twardo i z zębem. Nie udało się dwa lata temu z Gdańskiem, nie powiodło przed rokiem z Rybnikiem, a więc do trzech razy sztuka jak mawia powiedzenie. A fan Liverpoolu – Nicolai Klindt potwierdza klasę Troya mówiąc: „w pierwszym wyścigu nie mogłem holować Saszy, bo gdy masz za plecami Troya i Dana, to nie ma miejsca na zabawę”. Druga odsłona finałowej zabawy odbędzie się 15 września. Gliwicka 72 pęknie w szwach. Oby znów sędziował równie znakomity arbiter jak Krzysztof Meyze, o którym Greg Walasek mawia: „o, to jest klasowy sędzia. Dobry chłopak z Wtelna i słucha dobrej nuty: Dire Straits”.