W sporcie - jak w życiu – gdy coś podlega weryfikacji nie uciekniemy od porównań. Tak było po Franciszku Smudzie, gdy stery po nim objął Waldemar Fornalik. Potem na podstawie jego pracy ocenialiśmy Adama Nawałkę, można nawet wrócić do bardziej odległych czasów Kazimierza Górskiego, Jacka Gmocha czy Antoniego Piechniczka. Każdy z nich odcisnął na zespole narodowym jakieś piętno, kogoś wymyślił, zbudował, mimo że zetknął się z różnym materiałem ludzkim i pracował zupełnie innych warunkach, czy okolicznościach.

 

Dlatego w obecnej sytuacji nie można nie sięgnąć wstecz do czasu Adama Nawałki. Jego pierwsze kroki też nie były usłane różami, choć sytuacja o tyle była inna, że graliśmy wówczas towarzysko, a nie od razu o punkty, bez względu na to, jak podejdziemy do tego, jak Brzęczek chciał traktować Ligę Narodów.

 

Wówczas wszyscy brali poprawkę mówiąc, że przecież i tak najważniejsze będą  eliminacje do EURO 2020. Poprzednik Brzęczka miał jednak jakiś konkretny pomysł, którego obecnie nie widać. Postawił odważnie i zbudował dla kadry Arkadiusza Milika, który stworzył parę napastników z Robertem Lewandowskim, tworząc z tego drugiego – wreszcie – reprezentacyjnego „potwora”, który seryjnie trafiał już nie tylko w trykocie bawarskiego giganta.

 

Wymyślił sobie Krzysztofa Mączyńskiego, który przyjeżdżał na kadrę nawet z Chin i choć początkowo ten ruch był wyśmiewany, bez „Mąki” nie byłoby ćwierćfinałowego Euro we Francji. Napiszę więcej, gdyby Mączyński był zdrowy i w formie nasz zespół wyglądałby lepiej także na mundialu w Rosji.

 

Nawałka odważył się dać zadebiutować w pierwszym składzie w meczu o punkty Tomaszowi Jodłowcowi w legendarnym już spotkaniu z Niemcami na Stadionie Narodowym. Przekwalifikował Artura Jędrzejczyka na pewnego lewego obrońcę czy nawet odkurzył – po latach – Sebastiana Milę, który zdobywał kluczowe gole, czy to w wyżej wspomnianej wiktorii z mistrzami świata czy w Tbilisi przeciwko Gruzji. To u niego świetne mecze na EURO 2016 zagrał chwalony przez samego Gary’ego Linekera Bartosz Kapustka.

 

Co póki co stworzył Brzęczek? Przecież nikt mi nie powie, że Krzysztof Piątek to taki pewniak w tej kadrze jak Milik, jaka jest czy też ma być jego rola ciągle nie wiadomo. Jan Bednarek? Przecież on grał już u Nawałki na mistrzostwach świata. Bartosz Bereszyński na lewej stronie defensywy? Ten wariant też był testowany przez pana Adama. Mateusz Klich? Wyszedł w podstawowym składzie reprezentacji w portugalskim Faro, gdy z Gibraltarem graliśmy o pierwsze punkty w walce o francuskie mistrzostwa.

 

Powiecie: ale jest Krystian Bielik. On jednak nie jest królikiem wyciągniętym z kapelusza, w końcu był naszym najlepszym piłkarzem na EURO U21, poza tym zobaczymy jaka będzie jego rola w klubie, bo w Derby widzą go na stoperze, u nas w roli defensywnego pomocnika. Powiecie: Sebastian Szymański. Ex-legionista był już na zgrupowaniu w Arłamowie przed turniejem w Rosji, ale wtedy jeszcze po prostu na taki poziom się nie nadawał.

 

Po tych ponad dwunastu miesiącach ery JB trudno więc doszukać się czegoś wyjątkowego, nowatorskiego, czegoś, co można by nazwać stemplem nowego selekcjonera. Jedni powiedzą, że kadra stoi w miejscu, inni, że się cofa, a jej szczęście polega na tym, że póki co w tym roku nikt tak naprawdę mocny jej nie zweryfikował.

 

Jeśli jednak Austriacy „pogrywali” z nami jak Hiszpanie w swoich najlepszych latach, rozstawiając nas po kątach, to nie jest to raczej zapowiedź tego, że naszą drużynę na EURO będziemy z przyjemnością oglądać. A co będzie potem? Przecież za chwilę z tą kadrą będą powoli żegnać się Kamilowie Grosicki i Glik, a „Lewy” w czasie MŚ 2022 będzie mieć 34 lata. Tam jednak awansują już nie 24 z 55-iu zespołów Europy, a tylko 13. Wiele więc wskazuje na to, że od listopada do grudnia 2022 „Katar” dopadnie nas tylko przed telewizorem.

I oby nie była to długotrwała chandra.