Miliony dolarów, które krążą wokół zawodowych ringów działają jak magnes. I tak jest od dekad, ale teraz pieniędzy jest więcej niż kiedykolwiek. Nic dziwnego więc, że kto może podpisuje zawodowe kontrakty.

 

Urodzony w Dagestanie 33-letni Magomedrasul Medżidow, trzykrotny mistrz świata kategorii superciężkiej w boksie olimpijskim (w Baku w 2011 roku pokonał w finale Anthony’ego Joshuę), mógł jeszcze wystartować na kończących się właśnie MŚ w Jekaterynburgu i powalczyć o czwarty tytuł dla Azerbejdżanu, ale wolał nie ryzykować. Ma już za sobą zwycięski zawodowy debiut, w którym leżał jednak na deskach, ale to nie oznacza, że jest bez szans na sukces. Moim zdaniem większe szanse, by zamieszać w królewskiej kategorii ma jednak 25-letni  Bachodir Żałołow (6-0, 6 KO). Mierzący 201 cm, walczący z odwrotnej pozycji Uzbek ma spore umiejętności i już sześć zawodowych walk wygranych przez nokaut. Mieszka w Nowym Jorku, tam też stoczył w kwietniu tego roku swój ostatni pojedynek z Brendanem Barrettem, którego zatrzymał w pierwszej rundzie. Żałołow nokautuje też wciąż na olimpijskim ringu. Przekonał się o tym podczas MŚ w Jekaterynburgu Amerykanin Richard Torres znokautowany w ćwierćfinale przez Uzbek, który jak widać z powodzeniem łączy karierę zawodową z amatorską, wykorzystując fakt, że pozwalają na to aktualnie obowiązujące przepisy. I nie jest jedynym, który skutecznie korzysta z tych możliwości.

 

Takich dwumetrowców jak Uzbek chcących zastąpić na tronie najcięższej kategorii obecnych mistrzów jest sporo, a zdecydowana większość ma ciekawą, pełną sukcesów  przeszłość  wyniesioną z boksu olimpijskiego.

 

Jest w tym gronie Francuz Tony Yoka (6-0, 5 KO), złoty medalista IO w Rio de Janeiro, który kolejny zawodowy pojedynek stoczy w przyszłą sobotę, są też pozostali medaliści, srebrny Joe Joyce (10-0, 9 KO), który  w Rio, w ćwierćfinale pokonał Żałołowa, brązowi Filip Hrgovic (9-0, 7 KO), oraz Iwan Dyczko (9-0, 9 KO), jest Nigeryjczyk Efe Ajagba (11-0, 9 KO), który w Rio tak jak Żałołow dotarł do ćwierćfinału.

 

Podobnie jest w innych kategoriach. Niektórzy na swoją szansę czekają jednak już dość długo. W piątek w Cardiff walczył wicemistrz olimpijski wagi koguciej Irlandczyk John Joe Nevin (13-0, 4 KO), mistrz Europy i dwukrotny medalista MŚ. W olimpijskim finale 2012 przegrał z Anglikiem Lukiem Campbellem, który już swoje zawodowe szanse miał i dwukrotnie walczył o mistrzowskie pasy w wadze lekkiej. Oba pojedynki, z Jorge Linaresem i Wasylem Łomaczenką jednak przegrał, ale  porażek nie musi się wstydzić,  nie zamykają mu one drogi do tytułów.

 

Być może Nevin  będzie miał jeszcze okazję udowodnić, że on też na taką szansę zasługuje, ale takie wygrane, jak ta w Cardiff z przeciętnym Jordanem Ellisonem w limicie kat. superpiórkowej, do celu go nie przybliżą.

 

Znacznie szybszy od Irlandczyka w dążeniu do mistrzostwa jest Shakur Stevenson (12-0, 7 KO), podobnie jak Nevin wicemistrz olimpijski wagi koguciej, tyle ze z Rio de Janeiro.  Amerykanin o pas WBO będzie walczył już  26 października z podobnie jak on niepokonanym Joetem Gonzalezem (23-0, 14 KO)  i moim zdaniem zostanie pierwszym zawodowym mistrzem świata z grona medalistów ostatnich igrzysk. Trzeba jednak podkreślić, że Stevenson to  naprawdę wielki talent, urodzony zwycięzca wygrywający po drodze wszystko co było do tej pory do wygrania.

 

Ale kandydatów na nowe gwiazdy jest więcej.  Są w tym gronie między innymi mieszkający obecnie w Miami Kazach  Danijar Jelleusinow (8-0, 4 KO), złoty medalista wagi półśredniej z Rio de Janeiro, czy Uzbek Murodjon Achmadalijew (7-0, 6 KO), brązowy medalista olimpijski wagi koguciej podający obecnie jako miejsce swojego pobytu Indio w Kalifornii. Obaj są mańkutami, obaj idą od zwycięstwa do zwycięstwa i jestem przekonany, że to jedynie kwestia czasu, kiedy sięgną po mistrzowskie pasy.

 

Bliżej zawodowego tytułu jest Achmadalijew, który walczy w wadze superkoguciej . Prawdopodobnie jeszcze w tym roku dostanie mistrzowską szansę i ją wykorzysta.

 

Na ostatnich igrzyskach Uzbek przegrał w półfinale z późniejszym złotym medalistą kategorii koguciej, Kubańczykiem Robeisy Ramirezem, który też ma już za sobą zawodowy debiut, ale niestety nieudany. Ramirez to jeszcze większy talent niż Achmadalijew czy Irlandczyk Michael Conlan (12-0, 7 KO), amatorski mistrz świata z 2015 roku. Ramirez ma przecież na koncie dwa złote medale olimpijskie, ale to nie jest tytan pracy i wygląda na to, że po ucieczce z Kuby i okresie dyskwalifikacji, trochę się pogubił. Przykład jego starszego rodaka, Odlaniera Solisa, trzykrotnego mistrza świata i złotego medalisty olimpijskiego w wadze ciężkiej, który nie spełnił pokładanych w nim nadziei i nie odnalazł się w boksie zawodowym, powinien być ostrzeżeniem dla Ramireza. Szkoda gdyby zmarnował swój wielki talent. Ale przecież nie jest jedynym, któremu to grozi.