„Nie wiem, czemu tak ustalono program, ale faktycznie po eliminacjach nie jest potrzebna aż taka przerwa. Na szczęście wiedzieliśmy o tym znacznie wcześniej i taki wariant z moim trenerem i mężem Michałem przećwiczyliśmy parę razy” – przyznała brązowa medalistka sprzed dwóch lat.

 

Teraz, w Dausze, jest jednak w innej sytuacji. Rok temu we wrześniu urodziła córeczkę Hanię. Wtedy mówiła, że nie zamierza się spieszyć i jeśli pojedzie na mistrzostwa świata będzie to dla niej nagroda.

 

Gdy już wywalczyła minimum, nieśmiało zaczęła marzyć o finale. A jak już w nim jest, chciałaby znaleźć się w czołowej ósemce.

 

„Jestem pozytywnie naładowana, bo mam za sobą bardzo dobry obóz w Belek. Oddawałam tam dobre skoki, jestem dobrze przygotowana i jeśli skupię się na tym, by wszystko wyglądało dobrze technicznie, powinno być wyżej niż 1,94 m. Zadowoli mnie ścisły finał” – przyznaje.

 

Dwa dni przerwy wykorzystała na zabawy z córką, która jest także w Dausze, ale w innym hotelu, a na co dzień opiekuje się nią jej siostra.

 

„Jestem z niej dumna, że tak znosi naszą tułaczkę po świecie. Czasami mam wyrzuty sumienia, ale ona to świetnie znosi. Ten jeden dzień to było całkowite odcięcie się od sportu. Z kolei niedziela poświęcona jest na koncentrację i trening” – przyznała.

 

Panujące w Dausze temperatury Lićwinko nie przeszkadzają, bo jak sama mówi – bardzo lubi ciepło. Zresztą zawodnicy startujący na klimatyzowanym stadionie na co dzień nie muszą się męczyć w upale. Nawet treningi i rozgrzewkę mogą przeprowadzać w lekkoatletycznej hali.

 

„Zadowoli mnie ścisły finał, chciałabym coś dołożyć do rekordu sezonu. Musze całą swoją energię skupić na tym, żeby nie dać się emocjom i skoczyć dobrze technicznie” – powiedziała i zapewniła, że wróciła już na właściwe tory.

 

„Jest coraz lepiej technicznie, muszę jedynie odważniej biegać do samego końca, bo trochę zatrzymuję się na prawej nodze i przez to wpadam ciągle w poprzeczkę. Muszę po prostu porządnie zrobić rozbieg od początku do końca – wtedy będzie dobrze” – oceniła.

 

Wprawdzie w Dausze tego nie mówiła, ale wcześniej wspominała, że treningi wskazują na to, że jest w stanie przeskoczyć już teraz nawet dwa metry. Na to musi jednak wiele się złożyć, ale taki wynik powinien dać jej w poniedziałek medal. Lićwinko jednak sama wie, że zadanie jest bardzo trudne, ale obstawia, że po złoto wcale nie sięgnie faworytka, obrończyni tytułu, startująca pod neutralną flagą Rosjanka Maria Lasickiene.

 

„Nie chcę tutaj być wróżką, ale po moich obserwacjach wynika, że ona w Dausze wcale nie musi wygrać. A kto? Nie powiem” – śmiała się.

 

Finał skoku wzwyż kobiet zaplanowany jest na poniedziałek na godz. 19.30 czasu polskiego.